No i byliśmy na pierwszej edycji Fantasy and Magic Con, która odbyła się 11 i 12 lipca na torze Służewiec w Warszawie. Dużo sobie po tej imprezie obiecywaliśmy. Wbrew pozorom nie ma zbyt wielu tego typu konwentów w Polsce. A przynajmniej nie wystarczająco dużo. Jest oczywiście Pyrkon, Bazyliszek, MFKiG, Kapitularz czy dni Fantastyki, ale część z nich cierpi na pewne bolączki, inne są imprezami bardziej tematycznymi (np. komiksowymi) i co ciekawe, żadne z nich (poza Bazyliszkiem) nie odbywa się w Warszawie. Dlatego naszym zdaniem w Polsce przydałby się taki bardziej „przekrojowy” wysokiej rangi festiwal fantasy z prawdziwego zdarzenia, który miałby miejsce w stolicy. Fantasy and Magic Con zdawał się wstrzelać w tę lukę, tym bardziej, że w zapowiedziach, choćby dzięki ilości zaproszonych gwiazd, zapowiadał się genialnie. Czy spełnił wielkie (a może wygórowane?) oczekiwania?
No więc najpierw plusy. Bez wątpienia „line up” był imponujący. Mnogość gwiazd sporego formatu z Mattem Ryanem na czele naprawdę robiło wrażenie. Rzadko w Polsce na festiwalach (a nie zapominajmy, że była to pierwsza edycja), goszczą ludzie, których twarze znamy z popularnych serii platform stremingowych albo hollywoodzkich blockbusterów. Tu było ich sporo.
Podobnie jak zapowiedzianych atrakcji: strefa cosplay, strefa gier bez prądu i gamingowa, strefa komiksów, autografów, warsztaty RPG, prelekcji, turnieje i panele wszystko to wyglądało „ na papierze” wręcz epicko. Ciekawym pomysłem były też „meet upy” czyli punkty, gdzie fani danej franczyzy mogli się spotkać się o danej godzinie żeby poznać się i wymienić doświadczenia.
No i miejsce. Tor Służwiec jest lokalizacją…. dość oryginalną. Ma swój specyficzny klimat. Sporo przestrzeni zewnętrznych, które w lipcowym terminie zostały w pełni wykorzystane. Naprawdę spora strefa gastro z dużą ilością miejsc do siedzenia, liczne ewenty plenerowe, i olbrzymia scena z telebimem i zadaszoną trybuną, na której każdy, kto chciał obejrzeć ulubioną gwiazdę, bez problemu znalazł miejsce (albo po prostu mógł przysiąść żeby pogadać ze znajomymi), wszystko to nastrajało mega pozytywnie.
Do tego sama ranga wydarzenia, lokalizacja i marketing przyciągnęły tłumy (w tym cosplayerów, których było od groma, i którzy prezentowali wybitny poziom) i sprawiły, że teoretycznie atmosfera była świetna.
Tylko co z tego, kiedy konwent wyłożył się całkowicie na sprawach organizacyjnych. Tak, wiemy, że to była pierwsza edycja, ale niektóre wpadki były wręcz dyskwalifikujące. Kolejka do wejścia, w której trzeba było stać klika godzin, zero jakichkolwiek informacji na temat czegokolwiek, brak fizycznie dostępnej mapki i programu (a strona się ciągle wykrzyczała)i co najgorsze brak jakiegokolwiek wsparcia dla prelegentów (którzy na dodatek musieli przyjeżdżać z własnymi laptopami, serio?), to są wszystko rzeczy absolutnie niedopuszczalne. Obsług zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, co tam w ogóle robi i nie była w stanie udzielić żadnej kompetentnej informacji (żeby nie było, ich nie winimy). Ilość atrakcji przy takiej organizacji w praktyce przytłaczała, bo problem niestety był w tym, żeby się zorientować co, gdzie i kiedy. Typowa sytuacja: ogłoszona obecność gościa ale co ma robić, gdzie i o której to najstarsi górale nie wiedzieli. I fakt, że był to pierwszy raz jest okolicznością łagodzącą tylko w niewielkim stopniu. Ok, trudno jest zorganizować duży, konwent, ale jak ktoś nie potrafi, niech nie zaczyna z aż tak grubej rury. Trzeba liczyć siły na zamiary.
No i czy był to tak naprawdę konwent fantasy? Naszym zdaniem nie do końca, a przynajmniej nie w takim purystycznym znaczeniu. Ok., może dla nie niektórych Deadpool to fantasy, ale jak już zapraszamy aktorów z kinowych hitów (może nie” leadów” ale zawsze), to gdzie jakaś reprezentacja Harrego Pottera, Władcy Pierścieni (no dobra, był Manu Bennet) czy Gry o Tron?. Mamy wrażenie, że skoncentrowano się na gwiazdach przyciągających „normikową” młodzież czyli „twarzach” Marvela, DC i gamingowych franczyz AAA. Tak jakby słowo „fantasy” w nazwie konwentu było głównie po to, żeby zwabić na wydarzenie jak najwięcej ludzi.
Ale nie ma co się pastwić. Imprezę jak zwykle uratowali uczestnicy. Ci co się dostali. My bawiliśmy się przednio, głównie dlatego, że spotkaliśmy mnóstwo znajomych i że owa „normikowa” młodzież pałała entuzjazmem. Cosplayarzy byli fantastyczni (dzięki @ an__cosplay za super sesję!) i miło było posiedzieć na słoneczku słuchając jak Stefan Kapičić nawija po polsku.
P.S. Mimo, że pod pewnymi względami „Fantasy and Magic Con” wypadł na granicy kompletnej dyskwalifikacji, były też elementy świadczące o tym, że jest to format ze sporym potencjałem. A że to była pierwsza edycja, chyba niektóre rzeczy można ten jeden raz wybaczyć. O ile się już nie powtórzą.
autor relacji: GoroM
Poniżej parę fotek:)






























