Miałem trochę przerwę od blogowania, ale nie od oglądania, zatem nagromadziła mi się spora lista zaległych filmów do zrecenzowania. Miałem zatem spory wybór, co do tego, wrażeniami z jakiego horroru mógłbym się podzielić. Ostatecznie padło na ostatni obejrzany w kolejności, istną….hmmmmm… ciekawostkę pod tytułem Krew na piasku.

Zaiste bardzo dziwny to film i nadal, choć minął dzień od obejrzenia go, nie wiem czy mi się podobał. Nie wiem czy jest dobry. Na pewno jest oryginalny. A to już coś.

Jest to niby film o zombie. Niby. Trochę tak. Trochę nie. Bardzo tak. Wcale nie.
Punktem wyjścia jest zakopanie się samochodu pary młodych ludzi w piasku na pustyni.  Utknąwszy w palącym słońcu, szybko napotykają pojedynczego powolnego zombie.Z całej trójki przeżyje tylko dwójka z ..no, w zasadzie jedno, bo zombie, już nie żyje. Głupkowatego osiłka nie szkoda. Następnie Krew na piasku przez dłuższą część filmu pozwala nam oglądać kameralne, absurdalne kino drogi tj…… spacer dziewczyny przez pustynię z człapiącym za nią zombie ( w sumie ma to sens, w wersji “powolnych zombie” nawet nie ma  sensu przed nimi uciekać, a tym bardziej walczyć ale jakoś nigdy mnie to nie zastanawiało). Historia ogólnie osadzona jest w takim mniej więcej otoczeniu jak w What we become, czyli w sytuacji, w której apokalipsa zombie na początku filmu dopiero się zaczyna, a chaos mamy na końcu. Na tym podobieństwa między Krwią na piasku a Sorgenfri się kończą bo It stains the sand red jest historią…..o wiele dziwniejszą.

Dla jednych będzie to zaleta Krwi na piasku, dla innych wada (wraz z którą może iść kolejna- wśród wielu nietypowych pomysłów, nie wszystkie są trafione).

Krew na piasku zaczyna się jak typowo głupawa horror-komedia, taki pastisz z nabijaniem się z motywów filmów zombie, raz bardziej udanym, raz mniej. Potem mamy, nie do końca-wiadomo- co, część, w której bohaterka idzie przez pustynię z człapiącym za nią zombie (tu przyznaję tak już zacząłem się nudzić, że chciałem wyłączyć), co po chwili przeradza się w jakiś eksperyment formalny. Bohaterka bowiem zaczyna się do “swojego” zombie przywiązywać i wyrażać wobec niego pewnego rodzaju “uczucie”, mamy tu krótką rozprawę na temat syndromu sztokholmskiego. Potem mamy dramat, potem znowu komedię tylko już bardziej czarną i z większą ilości akcji, potem standardowo katastroficzny w klimatach survival-zombie-apocalypse a na końcu to już w ogóle dramat, nawet lekko filozofujący (nie powiem o czym).

Taka konstrukcja we mnie wzbudziła odczucia raczej pozytywne, bo, z wyłączeniem krótkiego fragmentu z człapaniem przez pustynię, kiedy się nudziłem, film mnie po prostu……zaciekawił. Oglądałem go z tym zaciekawieniem do końca, na zasadzie “co jeszcze wymyślą” i “co się zaraz stanie”. Z pewnością chętnie bym zjechał ten film, gdyby to “co jeszcze wymyślą” zakończyło się wnioskiem “co ja właściwie obejrzałem”, ale na szczęście tak nie było.
Wydaje mi się bowiem, że autorzy mieli pomysł i wiedzieli co chcą powiedzieć i  o czym chcą opowiedzieć historię.
Dość napisać, że chyba jest to pierwszy film, w którym zombie ostatecznie <spoiler alert, spoiler alert, spoiler alert, spoiler alert> nie odgrywają swojej typowej roli symbolu śmierci, upadku cywilizacji czy życia/świata bezsensownego (konsumpcyjnego, odartego z wartości, wypranego z emocji uczuć itp), zerwania więzi czy innego symbolu zjawisk podręcznikowo do “napiętnowania” ale raczej przypadła im (a w zasadzie jemu, bo główną rolę tu odgrywa jeden zombie) rola motywu symbolizującego próbę ratowania jakichś uczuć i odrobiny nadziei. Pod koniec kiedy bohaterka rozstaje się już ze swoim zombie w takich okolicznościach w jakich się rozstaje, a potem podejmuje taką decyzję jaką podejmuje nawet prawie uroniłem łezkę.

Ostatecznie zatem nie odebrałem tego całego miszmaszu motywów (a było dużo takie ryzyko), jako zlepka scen i pomysłów bez  ładu i składu, ale w sumie jako dość spójną historię.

Niestety część tych scen i pomysłów jest nietrafionych, część po prostu bardzo głupich (niektóre pomysły to naprawdę spory poziom nieoglądalności, po którym ma się ochotę wyłączyć), a część po prostu pasuje jak pięć do nosa. Film zatem może się nie podobać, gdyż cała paczka tej, dla jednych oryginalności, a dla innych dziwności, może się wydać wymuszona i na siłę, takie przysłowiowe “meh” i “who cares”, “pokombinował, pokombinował, ale dużo hałasu o nic, wydmuszka i krowa co dużo ryczy a mało mleka daje”.

Ja ostatecznie oceniam Krew na piasku z przewagą pozytywów, ze względu na to, że wobec ilości filmów, które oglądam, nic mnie tak nie wk***wia, jak oglądanie w kółko tego samego. Tu mamy, mimo wszystko, spory powiew świeżości, choć rozumiem, że nie jest to świeżość najwyższej półki i najelegantszego smaku i zapachu. Jest to trochę kazus taki jak “Mordercza opona”, w której jedyni dostrzegą rozbijanie czwartej ściany, a inni raczej piątej klepki. Albo taki jak wódka anyżowa.