Z recenzowaniem takich filmów jak What we become mam pewien problem.   Mógłbym bowiem dać entuzjastycznie ocenić, żeby potem dostać po głowie, że po co ja namawiam na takie nudy. Musiałbym uczciwie napisać, że takie filmy się mi podobają, ale jednocześnie nie namawiać na ich oglądanie, a nawet nie polecać. A jak już będę nie polecał to musiałbym to uzasadnić nie uciekając się do płytkiego „to nie jest film dla fanów tępych amerykańskich produkcji” albo tfu tfu „do tego trzeba dojrzeć”. Albo nawet do paździochowego „wysublimowania psychologicznego a nierzadko nawet erotycznego”

No więc tak  nie napiszę.

Napiszę, że jest to bardziej film dla tych, którym podobało się np. takie Zło we mnie (February/ Blackcoat’s Daughter) niż kolejne odsłony Piły czy Leatherfaca. Ci zatem, co się wymęczyli nna February mogą nie czytać dalej.

A mnie, ponieważ lubię takie kino, What we become się bardzo podobał. Jest to bowiem kino chłodne, niespieszne i z bardzo dobrą, gęstniejącą atmosferą. Film jest produkcji duńskiej i moja praktyka z filmami z tamtego rejonu pokazują, że Skandynawowie umiejo w takie klimaty, ale sporo ludzi nie przepada za tym specyficznym, prezentowanym przez nich w kinie grozy, sposobem narracji.
Przez większość czasu obrazy takie jak What we become, mogą się niektórym wydawać przysłowiowymi „filmami o facecie w łódce”.

No dobra, do rzeczy.

Opis filmu prezentuje się tak: Beztroskie lato rodziny Johansson zostaje przerwane nagłym wybuchem epidemii spowodowanej wirusem nieznanego pochodzenia. Choroba zaczyna dotykać coraz większą liczbę ludzi, przez co władze decydują się na hermetyczne odizolowanie całych osiedli. Gustav, mieszkaniec jednego z domów objętych kwarantanną postanawia na własną rękę dowiedzieć się, co tak naprawdę zagraża życiu mieszkańców miasteczka. W międzyczasie sytuacja coraz bardziej wymyka się spod kontroli i cała rodzina zaczyna walkę o przetrwanie.

Od razu pewnie się można domyślić, co chodzi, ale nie w tym rzecz. Cały filmy (no prawie cały) bazuje na moim ulubiony patencie straszenia tym czego nie widać. Dodatkowo tu motyw ten występuje w wersji, która tak dobrze sprawdziła się np. w „Pontypool”- klaustrofobicznym budowaniu grozy niejako „od środka”, z punktu widzenia osaczonych, zamkniętych ofiar horroru, które nie wiedzą co się dzieje.

Obserwujemy zatem rodziny z małego miasteczka, które zostają odcięte od świata, nawet od możliwości wychodzenia z własnych domów, przez smutnych Panów w mundurach i maskach gazowych. Oczywiście pod pozorem kwarantanny, ale też pod płaszczykiem „siedźcie spokojnie, wszystko będzie okej”. Oczywiście bohaterowie coś podejrzewają, że nie będzie okej, ale niewiele są w stanie zobaczyć. Ich domy zakryte są płachtami, każda próba wyściubienia nosa kończy się salwą karabinową. Z ulic od czasu do czasu słychać krzyki, a jak już ktoś coś podejrzy od dziurkę od klucza to mimo, że widzi tylko wyrywki to raczej nie wygląda to dobrze.

Taki sposób opowiadania historii wielu może wynudzić. Z drugiej strony jeśli skupić się i dać wciągnąć w klimat to atmosfera gęstniejąca z każdą minutą jest naprawdę satysfakcjonująca, z tym, że na koniec staje się tak gęsta, że jest niemal nieznośna, co fani kina grozy chyba akurat lubią. Przez ten czas obserwujemy sporo psychologii jak odcięcie od wszystkiego rodzi napięcia między bohaterami, prowadzi do konfliktów i tak dalej i tak dalej. Niektórym wydaje się, że wyjście z domu będzie lepszym wyjściem bo nie może być już gorzej, inni mają motywację kierowaną ciekawością, a jeszcze inni…..No cóż młodzieniec z odciętego domu zakochany w pannie z zamkniętego domu z naprzeciwka, ma tą młodzieńczą motywację, którą najtrudniej powstrzymać. Ale wszyscy to znamy, mogliśmy se to w młodości odpuścić, jak nasz bohater z What we become. Nie mielibyśmy złamanych serc. Albo wyjedzonych wnętrzności. Ale wczujmy się w rolę.

Jak już ta atmosfera robi się nieznośnie gęsta i czuć, że musi pęknąć, bohaterowie udają się na spotkanie z nieznanym, w widzu udaje się wywołać reakcję „o nie! nie idź tam”. Odpowiednie granie na emocjach to zasługa niezłej reżyserii. Aktorstwo też jest okej. Zdjęcia są…chłodno -skandynawskie. Świetnie potęgujące atmosferę.

No i w końcu jest finał…którego nie zdradzę.

What we become jest zatem filmem z bardzo małą ilością akcji i z bardzo dużą ilością klimatu. Ja osobiście takie filmy lubię, bardzo lubię, a czasem nawet uwielbiam. What we become bardzo zapadł mi w pamięć. Jest to naprawdę dobry film, ale nie dla wszystkich. Tak ja Ferbruary albo Sauna. Jak słyszałem, na takich filmach można usnąć. Mnie raczej rozbudził. Ciężko mi spać przy tak gęstej atmosferze grozy, choć jest to groza dość mocno odbiegająca o grozy flaków, potworów i jumpscareów.