Sklepik z marzeniami to, jak mi się zdaje, jedna z bardziej znanych i uznanych dzieł Stephena Kinga, w każdym razie ja tak ją kojarzę. Mam wrażenie, że zwykle, gdy gdzieś jest jakaś wzmianka o tym pisarzu, to przy tej okazji przytaczana jest ta powieść, wraz z innymi takimi jak Cujo, Carrie, Lśnienie czy Miasteczko Salem. Czy tak jest w istocie, czy tylko mi się wydaje, nieważne, ważne jednak, że jest to ważna pozycja w dorobku mistrza grozy. I jest to kwintesencja jego stylu. Można by też powiedzieć, że 100% Kinga w Kingu, (choć mam wrażenie, że o wielu jego powieściach da się tak napisać), ale najsłuszniej będzie stwierdzić, że to istota jego pisarstwa, jej “mięso”, pozbawione dodatków, ozdobników, przypraw. Można więc stwierdzić, ze to dobrze, bo “smak” sztuki Stephena jest uwypuklony i wyraźny, a można stwierdzić też, że nie dobrze, bo “mięso” bez przypraw ma smak zbyt pospolity. Ale można również powtórzyć za Ottisem (taki skryba z Misji Kleopatra)- “Moim zdaniem to nie ma tak, że dobrze albo że nie dobrze”. Zanim jednak wyrażę moje zdanie (mam nadzieję, że do końca recenzji wykrystalizuje mi się ono), najpierw trochę o fabule.

No więc w typowym małym miasteczku, w którym mieszkańcy są typowo drobnomieszczańscy, otwiera się tajemniczy sklep o nazwie “sklepik z marzeniami”. Jego równie tajemniczy właściciel, zdaje się być dość ekscentryczny ponieważ swoje towary oferuje po niezwykle atrakcyjnej cenie. I wydaje się, żę dla każdego potencjalnego klienta ma w ofercie akurat to, czego by ten chciał. Nic dziwnego, że wieści o sklepie po Castle Rock (w wspomniane miasteczko) roznoszą się szybko- każdy chce skorzystać z niemalże szalonej w swej atrakcyjności oferty. Jest tylko mały haczyk- żeby transakcja doszła do skutku, należy, oprócz standardowej zapłaty, spłatać komuś “niewinnego” psikusa. A to pobrudzić sąsiadce prześcieradła błotem, a to podrzucić jakiś liścik, w najgorszym (przynajmniej na początku) przypadku, wybić małą, malutką szybę. Cena to niewielka za wymarzony rekwizyt,  którego w innym przypadku, żadną miarą, klient nie byłby w stanie kupić za “rynkową” cenę. Jak można się domyślić, pozornie niegroźne psikusy mogą mieć koszmarne, budzące grozę reperkusje, gdy  w grę wejdą mroki ludzkiej natury.

Jak widać po opisie fabuły mamy w książce patenty, które są charakterystyczne dla prozy Kinga. Pierwszy to oczywiście sceneria małego miasteczka. I o ile większości dzieł Stephena miejscowość, w której rozgrywa się akcja jest… no właśnie scenerią, mająca wykreować świat przedstawiony i dostarczyć nam elementów obyczajowych ułatwiających wczucie się w akcje, o tyle w “Sklepiku z marzeniami” to co składa się na folklor małych miejscowości jest samą istotą fabuły! Relacje między obywatelami Castle Rock, ich tajemnice, grzeszki słabości, niechęć wobec siebie, wzajemne animozje, to wszystko stanowi źródło grozy, clou koszmaru, którego doświadczą mieszkańcy nieszczęsnej miejscowości. Oczywiście jest tajemniczy pan Gaunt (właściciel sklepiku), który teoretycznie stoi za tym wszystkim, ale to nie on jest czynnikiem straszącym w książce. On tylko rzuca pierwszy kamyk, który uruchamia lawinę. I patrzy z boku. Straszą ludzie.

I to jest właśnie drugi, obok wspomnianej małomiasteczkowości, patent charakterystyczny dla prozy króla horrorów, sięganie do mrocznych aspektów ludzkiej natury, eksploatowanie jej ciemnej strony. I także ten aspekt w “Sklepiku z marzeniami” wykorzystany jest w jego najbardziej dosłownej i niejako “bezpośredniej” istocie, w najprostszy możliwy sposób. Podobne rzeczy mamy w innych dziełach Kinga, ale często są one w pewien sposób zawoalowane, w “Smętażu dla zwierzaków” połączone np. z typowymi ludzkimi lękami, w “To” ukryte za choćby nieokreślonością głównego antagonisty (do tego stopnia, że ostatnio na jakiś forum wyczytałem, iż “To” jest książką opowiadającą o walce dzieci z nadprzyrodzonym klaunem-SIC!), zaś w “Sklepiku” nie mamy ozdobników. Tylko pierwotne, najprostsze, najbardziej banalne w swym charakterze zło człowieka, bezmyślne, bezrefleksyjne i mordercze.

Z tych dwóch rzeczy, które w większości utworów Kinga stanowią główne składniki historii a w “Sklepiku z marzeniami” są w zasadzie całą historią istotą fabuły wynika zarówno siła i słabość opisywanej książki. Siłą jest to, że jak się lubi te motywy, to mamy je tutaj pozbawione wszelkich ozdobników, poniekąd także nadprzyrodzonych (chociaż oczywiście to w jakiejś mierze jest, ale totalnie na uboczu), a słabością, to, że jest to wszystko właśnie takie proste, oczywiste nie oferujące nic nowego, żadnych dodatkowych niuansów czy smaczków. Patent na grozę jest tak prosty, że prościej chyba się już nie da, ale jednocześnie przez tą prostotę dobitny i… przerażający. Czyli na dwoje babka wróżyła.

A i zapomniałbym o jeszcze jednym drobnym minusie. W odmalowywaniu relacji między mieszkańcami miasteczka, budowanie istoty historii na zbiorowości, ginie gdzieś główny bohater. Oczywiście mamy tutaj takiego osobnika, ale nie przykuwa on specjalnie uwagi, przeskakiwanie między postaciami, z których każda jest tylko trybikiem w zbiorowej grozie, nie pozwala wczuć się losy tej najważniejszej-protagonisty.

Ogólnie trudno mi ocenić obiektywnie “Sklepik z marzeniami”. Mnie się podobał, bo jestem fanem Stephena Kinga a i takie proste pokazanie ciemnej strony człowieczeństwa jest dla mnie poruszające, no i kunszt pisarski autora jest naturalnie wspaniały. Stwierdzam więc, że jest to solidna pozycja w dorobku króla horroru, i że lektura sprawia dużo frajdy, lecz nie powala na kolana. Jednocześnie mam też świadomość, że książka ta nie przekona ona na pewno ludzi, którzy nie lubią prozy Stephena, gdyż cierpi ona na wszelkie “przypadłości” jego pisarstwa a także, że może nie przypaść do gustu tym, którzy Kinga lubią, ale nie kochają. Dla nich to będzie kolejna cegła, którą mogliby sobie odpuścić, bo przecież “To”, “Pan Mercedes” czy “Smętaż dla zwierząt” są o wiele lepsze. I to też będzie prawdą.

PS. W sumie “Sklepik z marzeniami” może się spodobać tym, którzy w ogóle nie mieli styczności z pisarstwem Kinga do tej pory (są tacy?). Jego sprawdzone patenty są przecież same w sobie świetne, a tu je mamy najbardziej bezpośredniej i prostej (dla obeznanych z twórczością autora może nawet zbyt prostej i bezpośredniej) postaci.