Chyba mamy kolejny film z rodzaju miłych zaskoczeń. Może dlatego, że nie robiliśmy sobie wielkich oczekiwań, a może dlatego, że tego samego wieczoru obejrzeliśmy koszmarne Voodo, na tle którego w zasadzie wszystko może się wydawać produkcją co najmniej oscarową. A może dlatego, że The Ferryman to film, który się nie napina i nie ma wybujałych ambicji, a po prostu robi co do niego należy, żeby uznać go za zadowalający? A nawet chyba wykazuje do siebie trochę dystansu? Jest takie matematyczne pojęcie “warunków koniecznych i wystarczających”. The Ferryman chyba spełnia właśnie wszystkie takie warunki do przyjęcia konkluzji “lubię oglądać takie filmy”. A dlaczego? Bo dobrze się na nich bawię. To takie proste.

The Ferryman jest w jakimś sensie eklektyczny, wykorzystuje kilka różnych motywów, ale nie na tyle dużo żeby wdarł się chaos. I buduje z nich nieskomplikowaną, ale dość wciągającą historię.
Fabuła jest prosta (będą spoilery). Grupka znajomych wybiera się na rejs na Fiji wyczarterowaną łodzią. Ma być to dla nich nie lada przygoda i okazuje się, że jest, ale nie taka jak się spodziewali. Po drodze bowiem natrafiają na tonący kuter, z którego ratują rozbitka. Ten zaś okazuje się, kimś kto znalazł sposób na przedłużenie swojej egzystencji, ale przez to musi uciekać stale przed demonicznym tytułowym Ferrymanem. To zaś polega na zamianie ciałami z osobami, które zamorduje. Zaczyna się walka o życie….

Historia odwołuje się do greckiej mitologii, jest tu (trochę pod koniec) coś lekko lovecraftowskiego i mamy mieszankę bodysnatchingu ze slasherem i odorbiną gore. A nawet trochę psychologii. W sumie wszystko zostało poskładane tak że pasuje do siebie od początku do końca. Klimat jest dość mroczny i posępny, morderstwa są dość brutalne. Jest wreszcie wystarczająco dużo napięcia, suspensu i akcji. Przestoje ani przysłowiowe “meh” i “łotewer” raczej nie grożą. No i mamy mały twiścik na końcu. Bardzo ładne są zdjęcia, które uchwyciły posępny klimat łodzi tkwiącej w nocy na środku morza, we mgle.

W sumie nie ma się do czego przyczepić, bo wszystko, jak na produkcję DVD, jest zrobione wystarczająco przyzwoicie. Aktorstwo jest lekko przerysowane, ale wydaje się, że takie miało być. Wygląda na to, że aktorzy mieli świadomość uczestnictwa w niekoniecznie kinowej lub superambitnej produkcji i pozwolili sobie na trochę bardziej ekspresywne krzyki i groźne miny. Jakoś dziwnie mnie to pasuje.

To taka produkcja jakby w staroszkolnym najtisowym klimacie kaset VHS, na poważnie ale bez zadęcia, z historią niespecjalnie ambitną ale klimatyczną itd, itp. Cóż tu dużo pisać. Nie ma się czym specjalnie zachwycać, ale nie ma się też do czego przyczepić.

Ja tam lubię takie filmy.