Dobry Horror przeciwko Światu

W dzisiejszej blogosferze, czy innych portalach opinii, o każdym filmie, można przeczytać co najmniej dwa razy więcej opinii, niż jest recenzentów. Wynika to oczywiście z tego, że każdy opiniotwórca ma przynajmniej dwie opinie, zależnie od tego czy mu wysłali naczosnkowaną, czy nie.

Pewnie zastanawiacie się  komu wówczas wierzyć?

Podpowiemy wam, że my działamy zgodnie z prawdą wyrażoną zgodnie z poniższym dialogiem

  • Nostloy bleckla, den noi pushta.
  • Stanisha ploftoi, gag mul pafuft.
  • Fale dadalic ta.
  • Polotnik!
  • Fushta!
  • Gerania!

Jak nie znacie staromołdawskiego, to podpowiemy, że lubimy mieć ostatnie słowo.

Czasem się jednak okazuje, że jest ono całkiem inne od opinii wszystkich innych opinii na dany temat.

W dzisiejszym poście opisujemy 10 takich właśnie przypadków, rozprawiając się tymi, którzy się nie zgadzają, czyli w tym przypadku z całym światem. A tym, którzy nie podzielają naszej opinii, well….

…they had it coming.

KRWAWY TEST / THE FINAL

Dziwna sprawa z tym filmem. Generalnie w całościowych ocenach na Rotten wypada bardzo źle (13% od krytyków i 33 % od publiczności), ale już w komentarzach mamy całe spektrum ocen i wszystkich jest po równo.  Jest dużo „jedynek”  (i komentarzy, że najgorszy film ever), ale równie dużo „piątek” (z opiniami, że arcydzieło, „hidden gem” i ogólnie „Best thing Since wretstling”:).  Są też oczywiście „dwójki”, trójki” i „czwórki”. Wszystkich mniej więcej podobnie.

No więc o co chodzi z tym filmem? Chyba o to, że jest nietuzinkowy i wzbudzający kontrowersje. Fabuła opowiada historię szkolnych dzieciaków, którzy dręczeni przez starszych kolegów postanawiają się zemścić i zgotować oprawcom piekło.

Opowieść więc w sumie prosta i banalna, ale też mroczna, psychologiczna, poruszająca, ciężka, zapadająca w pamięć i wiarygodna.  A do tego dająca do myślenia, szczególnie w czasach, gdy szkolne masakry zdarzają się coraz częściej.

Film jest naprawdę przejmującym dramatem i zapisem destrukcyjnego wpływu pozornie niewinnych „psikusów” na dopiero kształtujące się psychiki młodych ludzi. Nie ma tu podziału na dobrych i złych, a słowa wypowiadane przez ofiary (lub oprawców zależy jak patrzeć) oraz przez ofiary (lub oprawców zależy jak patrzeć) ściskają za serce i wstrząsają.

Generalnie jak się śledzi zarzuty co do tego filmu, to generalnie są takie, że banalna tendencyjna historia a do tego słabo wyegzekwowana i średnio zagrana. Z częścią zarzutów można by się zgodzić, gdyby nie były one denne i miałkie w obliczu tego jak film, oddziałuje na widza. Na nas zadziałał bardzo.

To jeden z takich filmów, które się zapamiętuje.

DEAD ROOM

Martwy pokój to film, który na Rotten od widzów ma ocenę aż na 80%. Procentów od krytyków nie ma, bo recenzji jest za mało, ale te co są wskazują, że obraz jest z grubsza przeciętny. My natomiast uważamy, że jest słaby.
Opowiada historię zawodowych badaczy zjawisk paranormalnych, która składa się z (uwaga, uwaga): szefa, kobiety medium i kamerzysty/specjalisty od spraw technicznych. Zaskoczenie co? Będą następne. Otóż ekipa bada domek w lesie, w którym miały miejsce dziwne zjawiska, a im dłużej w nim przebywa, tym wszystko wymyka się bardziej (surprise surprise!)  spod kontroli. No i zgadnijcie jak się skończy?

Ten film jest przysłowiowym „paździochowym” dziełem dziejącym się w jednym pokoju (no dobra, w kilku, ale generalnie i tak meh). Niestety nie jest to obraz wysublimowany psychologicznie a tym bardziej erotycznie. Generalnie jest to niskobudżetowy twór, w którym nic się nie dzieje, a jak już się dzieje, to jest wyjęte z oklepanych zagrywek filmowców bez budżetu. Nic tu nie zaskakuje. Nawet zakończenie, którego każdy średnio rozgarnięty fan horroru będzie się spodziewał chociaż jest wyjęte… z tego z czego Marcellus Wallace obiecał zrobić jesień średniowiecza Zedowi.

Oceny krytyków  jeszcze jakoś można zrozumieć (chociaż z dużą dawką dobrej woli), ale jak wytłumaczyć oceny widzów na poziomie 80%. Chyba tylko tym, że uwierzyli oni, iż  ten niskobudżetowy minimalizm  jest ”indy” i świadectwem tego, że można zrobić dobry horror mając budżet na poziomie budżetu potrzebnego do urządzenia nielegalnej osiedlowej „śródtygodniowej” domówki od rana. Oczywiście jest to możliwe, ale trzeba mieć pomysł i wyobraźnię. Tu nie ma ani jednego ani drugiego. A ten cały „indy” minimalizm to zwykłe fugazi („wiecie co to jest fugazi”?). A nawet moissanite. I jest wart…. g…wno.

DEMIGOD
O tym „filmie” napiszemy, krótko, bo nie ma sensu strzępić klawiatury. Z „Demiogod” jest podobny problem jak z „Deadroom”, tyle tylko, że o ile w tym drugim twórcy nie mieli budżetu ani wyobraźni, ale mieli chociaż odrobinę warsztatu i znajomości konwencji o tyle w tym pierwszym nie tylko nie mają żadnej z tych rzeczy, ale jeszcze nie mają poczucia wstydu.

W teorii jest to film o jakiś wiedźmach  chcących przywołać mrocznego półboga a w praktyce wygląda to jak jakaś studencka etiuda mocno skacowanych studentów filmówki, którzy postanowili wziąć stare kostiumy z licealnej sesji LARP,  siekierę z drewutni dziadka oraz jego kolekcję wypchanych zwierzęcych głów ze ściany nad kominkiem i ruszyli do lasku za przystankiem w celu nakręcenia „niszowego horrora dla znafców”.

Tylko coś nie pykło. Szkoda to w ogóle opisywać, powiemy tylko, że  filmy Z.F Skurcz przy Demigodzie to niemalże Scorcessce . A co najmniej Rodriguez.
Generalnie mamy dużą wyobraźnię, ale tego, jakim cudem krytycy na „pomidorach” ocenili to coś na 67% a widzowie na 86%, wyobrazić sobie nie możemy. Adekwatna jest tu ocena z filmwebu czyli 2,6/10 Schocking po prostu!

FRANKESTEIN’S ARMY

Wyobrażacie sobie, że to arcydzieło sztuki horrorowej ma na Rotten od krytyków tylko 58% a od widzów jeszcze mnie (41%)? Tutaj chyba mogę jedynie z politowaniem sparafrazować Stefana „Siarę” Siarzewskiego: „Jak oni nic nie rozumieją i nie rozumieją”.

Frensktein’s army to jeden z moich ulubionych horrorów i jeden z najlepiej realizujących i wyrażających  jedną z wielu twarzy/form/istot horroru. Wszyscy wiedzą, zwłaszcza krytycy spod znaku późnego Svensona Kutavsona, że horror może być poważnym moralitetem na temat życia, śmierci, przemijania, meandrów naszego żywota i przewagi buritto nad taco. Wszyscy wiedzą, zwłaszcza boomerzy spod znaku, kiedyś to były horror, a teraz to nie ma horrorów, że horror może być klasycznym, pięknym, symbolicznym, przedstawicielem powieści gotyckiej, w której możemy się zachwycać jak pięknie Gary Oldman nosi perukę, najpiękniej przynajmniej do czasu, aż nie założył jej Leslie Nielsen. No i tak dalej, i tak dalej można opisywać gatunkowość kina gatunkowego przez slasher, wszystkie post i meta, a nawet mainstreamowe dodatki z zestawu podwójna cola, nachosy, popcorn, no i może jakiś film do tego, najlepiej spod znaku „James Wan zrobił majątek na tym gównie”.

Ale wszyscy, którzy mogą o sobie powiedzieć, że trochę siedzą w temacie, z pewnością mogą powiedzieć, że jednym z rodzajów horrorów ulubionym dla ich serduszka i jelit, jest beztroski camp, w którym godni naśladowcy Toma Saviniego mogą popisać się nieskrępowaną wyobraźnią, w której legną się takie pomysły, że lepiej byłoby je skrępować. To znaczy jak się ma porządek na strychu.

A jak się nie ma….ale za to ma się wyczucie gatunku, estetyki, nieszablonową wyobraźnię i masę zakazanych substancji na planie, to się kręci takie filmy jak Armia Franeksteina.

Teoretycznie jest to film  o tym, że rosyjski oddział gdzieś za linią frontu ma jakąś tam misję, która ogranicza się do spenetrowania jakiejś bazy, w trakcie okazuje się, że baza jest nie tym co się wydaje i misja też ma zasadniczo cel inny niż przedstawiony większości żołdaków….czy jakoś tak.

A w praktyce jest to ekstremalna zabawa formą, feria dzikich pomysłów, korowód dziwactwa, flaków wypruwanych w taki sposób, że nawet najwytrawniejsi koneserzy zdziwią, że tak można i popis wyobraźni mistrzów od klasycznych efektów specjalnych, którzy zafundowali nam takie maszkary jak człowieka komaro-szczudlarza, człowieka młot pneumatyczny, Edwarda Nożycorękiego, który zabłądził najpierw do muzeum kolejnictwa a potem do filmu o Hellraiserze, a nawet przysłowiowego Heńka Śmigło. Jest krwawo, groteskowo, industrialnie, brudno, wojennie, nawet steampunkowo. To jest film z gatunku tego, że paru bardzo utalentowanych świrów świetnie się bawi kręcąc horrory i ten entuzjazm starają się przekazać widzom, a że jako się rzekło, są utalentowani, to udaje im się, że hej!

Taka nieskrępowana zabawa to jedna z lepszych twarzy horroru. No jak można tego nie rozumieć i nie rozumieć.

AS ABOVE SO BELOW (JAKO W PIEKLE TAK I NA ZIEMI)

Film ten na Rotten Tomaotes ma ocenę publiczności na poziomie 40% zaś krytyków nędzne 27%. Zastanawiamy się dlaczego. Może dla tego, że w modzie jest  gardzenie wyeksploatowaną stylistką „found footage”? A może banalność, naiwność i wtórność finałowego przesłania sprawia, że „wyrafinowani” widzowie muszą podkreślić, że są ponad takie „tandetne” zagrywki? A może już to gdzieś widzieliśmy więc nie wypada się jarać? Może, może, może….. Czy to jednak ważne w obliczu faktu, że „Jako w piekle tak i na ziemi” jest zrobiony dokładnie tak jak powinno się robić horrory?

Na przykład fabuła, opowiadająca o tym, że dwójka archeologów poszukuje zaginionego skarbu w katakumbach pod Paryżem, choć prosta, w żadnym razie nie jest nuda ani banalna. Przede wszystkim wykorzystuje autentyczne miejsce, wydarzenia historyczne i miejskie legendy.   Pozornie oczywista zagrywka, która jednak niesamowicie działa na wyobraźnie. Podobnie jak posmak „Indiany Jonesa” który zawsze jest plusem. W ogóle w filmie mamy mnóstwo różnorodnych motywów, zmiksowanych bardzo zgrabnie, przez co historia wciąga.  Mamy i motyw brodni i kary, i piekło Dantego, i kamień filozoficzny ,wątek filozoficznego oświecenia itd. I mamy paryskie autentyczne paryskie katakumby. Pokazane tak, że podróż przez nie staje się podróżą przez kolejne kręgi piekła, każdy kolejny gorszy od poprzedniego. A droga ucieczki prowadzi jedynie w dół.

Umiejętne filmowanie, sprytne połączenie autentycznych miejsc, legend i motywów historycznych, sposób opowiadania i pokazania wędrówki bohaterów, klaustrofobiczna atmosfera i sporo zaskoczeń sprawia, że ten film jest straszny, straszny, straszny. Mroczny, przytłaczający i przerażający tak, że można się….

Pal więc licho wtórność formy, która zresztą wykorzystana jest perfekcyjnie, pal licho wtórne i naiwne zakończenie z przesłaniem cienkim jak d…pa węża i pal licho wszystkie inne drobne niedociągnięcia. Głębokie przesłanie i oryginalność to cechy, które w generycznym gatunku jakim jest horror są najwyżej wartością dodaną a nie warunkiem koniecznym by film był dobry. Horror musi działać na wyobraźnie i straszyć. „Jako w piekle tak i na ziemi” robi obie te rzeczy rewelacyjnie. To być może jeden z najlepszych „foundfotagów”, jakie kiedykolwiek powstały

ŚMIERĆ W TOMBSTONE

Tu mógłby napisać krótko. Tym, którzy źle oceniają ten film mam do powiedzenia jedno zdanie.

Dany Trejo powraca z martwych, żeby robić masakrę na dzikim zachodzie.

No, ale wiem, że lubicie czytać moje wypociny, także rozwinę tę błyskotliwą myśl.

Gdyby Dany Trejo nie istniał, trzeba by go wymyślić. Jest jak kino akcji lat 90, dubbing do „Misji Klepoatry” i jak Piotr Fronczewski. Jego nie można oceniać. Nim się trzeba cieszyć. Zwłaszcza to ostatnie porównanie wydaje mi się najbardziej trafione. Czy Pan Piotr był Panem Kleksem, zeznawał Czarkowi Pazurze o wózkach o napędzie rakietowym, był konsulem, Frankiem Kimono, głową rodziny zastępczej, barmanem na tym dansingu, głosem w Baldurs Gate, czy choćby forsował Odrę Wałem Pomorskim, to nie można go nie kochać w żadnej z tych ról. Danny Trajo rzucał nożami w Banderasa, był bohaterem lokalnej społeczności o ksywie „Bad Ass” (!!), nawet gościem o ksywie „Maczeta”, czy woźnym w Nawiedzonym Liceum. No i przede wszystkim też był barmanem, na najlepszym dansingu jaki sobie można wyobrazić i obojętnie czy film był dobry czy niedobry, czy można na nim było choćby sadzić marchew, to Danny w każdej roli był super i jak się go ogląda, to ma się poczucie, że gdyby go zapytać ale jak ty to robisz, skąd czerpiesz tę radość? –  on by odpowiedział, że to proste! To umiłowanie życia. To właśnie ono sprawia, że dzisiaj na przykład rzucam nożami w Bandersa, a jutro kto wie, będę choćby…skakał z maczetą na cudzym jelicie.

A ten kto narzeka na film, w którym Danny Trejo gra nieumarłego kowboja z piekła rodem to przysłowiowy Pan maruda, niszczyciel dobrej zabawy, pogromca uśmiechów dzieci

.

WSZYSCY MOI PRZYJACIELE NIE ŻYJĄ

Oceny na Rotten Tomatoes tego filmu, pokazują, że 80% krytyków (dziwnym nie jest) i 53% zwykłych widzów chciałoby żyć w świecie, w którym Pacific Rim nakręcił Bergman. Pewnie był on lepszym reżyserem niż Guillermo Del Toro, ale sami przyznacie, że nie miałoby to większego sensu, nie?

Wydaje się, że kiepskie oceny tego filmu pochodzą od ludzi, którzy mówią o sobie więcej, niż inni mówią o nich. My jesteśmy ulepieni z zupełnie innych żelek, zatem film ten nam podobał się z bardzo wielu powodów. Można o nich przeczytać w naszej głośnej recenzji spropsowanej nawet przez aktora i producenta tej produkcji, ale tak w skrócie..

Bierze on na warsztat bardzo specyficzny kulturowo (a mimo to szeroko oglądany na całym świecie- ot ciekawostka) młodzieżowej amerykańskiej komedii w klimatach studencko imprezowych, opartej na dość przegiętym humorze. Nikt tego w PL tego chyba nie robił, no bo to trudne. No bo jak to tak? Zrobić po amerykańsku- bez sensu i obco, oszustwo jakieś. Zrobić po polsku? Paździerz i utrata specyficznego klimatu. Jak się udało tego uniknąć? Robiąc w obu klimatach, tak sprawnie, że się to nie gryzie! Film jest w pewnym sensie „typowo amerykański”, a przy tym na wskroś „swojski”,
Przy tym zrobiony niesamowicie sprawie, teledyskowo, ze swadą, świetną muzyką i dynamiką.

Ach ta dynamika! W recenzji napisałem, że to nie jest film o imprezie, tylko film, który rozwija się i „płynie” jak impreza. Pojdę jeszcze dalej- ten film to jest impreza!

A jak ktoś uważa, że z humorem w nim jest coś nie tak, to powiem mu dwie rzeczy:

– nie pamięta wół jak cielęciem był i oglądał American Pie, w którym biegunka wpada przez sufit

-po prostu ominęły was najfajniejsze imprezy, w których w sumie mogło paść kilka trupów, ale jak wiadomo w pewnym wieku ma się więcej szczęścia niż rozumu.

KRWAWY LODOWIEC

Ach Krwawy lodowiec! Na Rotten 45% od krytyków i tylko 28% od widzów. Ja wiem dlaczego tak jest i dlaczego jeszcze nie dotarło do nich, że to bez sensu. I na ten temat będzie krótko.

Takie oceny wynikają najpewniej z tego, że osoby je wystawiające dostrzegają, że Krwawy lodowiec to bardzo dobra kopia Caprenterowskiego coś. Od miejsca akcji, przez klimat, scenerię, sposób zawiązania akcji, sposób budowania napięcia i grozy, potwora, aż po klasyczne efekty specjalne.

A teraz przeczytajcie to na głos: bardzo dobra kopia Caprenterowskiego coś. Od miejsca akcji, przez klimat, scenerię, sposób zawiązania akcji, sposób budowania napięcia i grozy, potwora, aż po klasyczne efekty specjalne.

Nie rozumiem jak można nie doceniać tak stylowego oddania hołdu jednemu z najważniejszych filmów kina grozy. Wszystko tu siedzi w tym świetnym stylu.

I założę się, że ci którzy narzekają na podobieństwo do The thing, to ci sami, którzy czekają na Oszukać Przeznaczenie Dwieście Drugie, Piłę Milion Pięćset Sto Dziewięćset Powraca Odrodzenie Już Naprawdę Ostatni Chapter w 9D albo cokolwiek z gatunku „James Wan zrobił majątek na tym gównie”.

KLĄTWA JESABELLE

Z tym filmem to jest dopiero dziwna sprawa. Przyznam się, że oglądaliśmy go dawno, ale pamiętamy, że nas wciągnął i generalnie się nam podobał. Tym czasem w Internetach ma ogólnie opinie „kaszana” z ocenami na Rotten na poziomie 28% od krytyków i 30% od widzów. Co jak co, ale na takie oceny to on na bank nie zasługuje. Przede wszystkim jest to horror z gatunku mystery (dlatego też nie zdradzimy jego fabuły), który jeśli zrobiony jest choćby poprawnie to już jest dobrze. Bo mystery zrobić jest naprawdę trudno.

‘”Jessabelle” jest zrobione co najmniej poprawnie. Jest zagadka z przeszłości, z systematycznym odkrywaniem tropów, które każą snuć coraz to inne teorie, jest umiejętnie prowadzona narracja, jest szokujący finał i jest świetnie wykreowany klimat voodoo (no to już wielki plus). Skąd więc te wszystkie negatywne oceny?

Wystarczy spojrzeć na komentarze. A to, że to już było, a to, że twist jest zbyt naciągany, a to że można by to zrobić lepiej, a to że nie wykorzystany potencjał… i tak dalej w ten deseń. Mamy wrażenie, że często horrory z ambicjami na opowiedzenie wciągającej historii zamieniają fanów horrorów ( zachwycających się np. „bezpretensjonalną” zabawą formą w stereotypowych slasherach) w domorosłych „ę” „ą” krytyków, którzy z lubością wytkną wszelkie błędy w filmach, które chcą być czymś więcej. Wiecie w stylu „nice try, ale z czym do ludzi” tudzież „niby ok., ale…” A skoro jak wiadomo żadna część zdania przed „ale” nie ma żadnego znaczenia, to można sobie dośpiewać, gdzie mamy takie opinie („tam, gdzie Pan może Pana majstra….”). A „Klątwa Jessabelle” jest poprawnie zrobionym i nieźle opowiedzianym horrorem z gatunku „mystery”. To już powinno wystarczyć za rekomendację.

OSTATNI HORROR/LAST HORROR MOVIE

„Last horror movie” to film z gatunku found footage/mockumentary, który w internetach powszechnie oceniany jest jako przeciętny ( na Rotten 56% od krytyków i 57% od  widzów). Kompletnie tego nie rozumiemy. Być może można ten film kochać lub go nienawidzić, ale ostatnią rzeczą, którą można o nim powiedzieć, to że jest przeciętny.

Nie jest. Jest absolutnie jedyny w swoim rodzaju. Nietuzinkowy. Niezwykły. I oparty na prostym aczkolwiek genialnym pomyśle. Obraz niejako imituje spowiedź seryjnego mordercy, który nagrał swoją wypowiedź na taśmę VHS z jakimiś podrzędnym horrorem wypożyczonym z wypożyczalni kaset. Fabuła stawia na pozycji widza, który ową taśmę wypożyczył.  I zamiast seansu ze slasherem klasy B, dostajemy prawdziwy horror.

Pomysł kapitalny, wprowadzający stopień imersji widza z seansem na zupełnie nowy poziom. Poziom, w którym odczuwamy autentyczne, pierwotne przerażenie. To w jaki sposób morderca odsłania karty, tłumaczy swoje motywy, modus operandi i generalnie opowiada o swoich uczuciach (a także chwali się nagraniami z morderstw) sprawia,  że włosy stają dęba. Atuentycznie  poziom „ciar” i makabry jest jak przy „Pougkeepske Tapes” czy „Megan is missing”

Ten „teatr” jednego aktora nie udał by się gdyby nie genialna kreacja odtwarzającego postać mordeccy Kevina Howartha. Facet jest tak autentyczny i przekonywujący, że gwarantujemy, że jeszcze długo po seansie będziecie widzieć potencjalnego świra w każdym mijanym przechodniu.

A jak nie daj Boże w  czasie ostatniej sceny usłyszycie dzwonek do drzwi, to gwarantuje, że zastanowicie się 100 razy zanim otworzycie. Ja tak miałem.

„Ostatni horror” to nietuzinkowe, autorskie, autentycznie wchodzące pod skórę kino grozy, którego się nie zapomina.

Bonus: HARRY ANGEL

Pewnie dziwicie się, co ten tytuł robi na tej liście? IMDB 7,2/10, Rotten po 81%, , Metacrtitic 61/100? Naszym zdaniem każda ocena poniżej 10/10 (dobra ewentualnie 9,9/10 jak jesteś fanem Jamesa Wana), to świętokradztwo i bluźnierstwo, wołające o pomstę do piekła. Horror totalny z jednym z najlepszych twistów i zakończeń nie tylko w horrorze, ale w całej kinematografii, tak samo tytułowa rola Mickyego Rourka, która jest wielka, wielka, wielka. Absolutnie genialna historia, jednocześnie PRZERAŻAJĄCA i poruszająca i najlepsze rozumienie czym jest budowanie klimatu grozy. Każda scena to majstersztyk, całość to arcydzieło. A jak się nie zgadzacie To Lou Cypher już po was idzie, a my idziemy razem z nim

Podobało Ci się?

1 0

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Utracone hasło

Podaj swój adres e-mail. Po zatwierdzeniu formularza wyślemy do Ciebie wiadomości z linkiem, który umożliwi Ci utworzenie nowego hasła.