Pamiętam, że gdy w podstawówce byłem szczęśliwym posiadaczem komputera AMIGA 600, wysłaliśmy kiedyś z bratem tatę do pobliskiego sklepu komputerowego, gdzie sprzedawany były pirackie gry, aby zakupił nam jakąś fajną platformówkę. Odłożone kieszonkowe starczyło nam na dwie dyskietki (tak tam było sprzedawane- im więcej dyskietek zajmowała gra, tym była droższa). Ale nasz tata tknięty jakimś impulsem dołożył troszkę pieniążków ze swoich i przywiózł cztery dyski. Napisane było na nich: „THE SECRET OF MONKEY ISLAND”. Nie przeczuwaliśmy wtedy, że zaraz przeżyjemy jedno z najbardziej przejmujących gamingowych doświadczeń życia, które nawet teraz po 30 latach, jawi mi się jako absolutna nirwana komputerowej rozrywki. Dlaczego o tym piszę? Albowiem „Foolish Mortals” przywołało w moim boomerskim serduszku owo cudowne wspomnienie.
Już od pierwszych sekund obcowania z „Foolish Mortals” poczułem, że Ron Gilbert (twórca Sekretu Małpiej Wyspy) miał rację pisząc w swym kultowym eseju, że: „jeśli kiedykolwiek gatunek załata dziurę między grami a opowieściami, to będą to przygodówki” albowiem historia, którą oferuje recenzowany tu tytuł, to przygoda jakich mało!
Fabuła tego klasycznego point and clicka jest krótko mówiąc… wybitna. Wciąga od pierwszych sekund. W grze kierujemy Murphhie’m McCAllanem, młodym audytorem, który ląduje na wyspie „Diabelska Skała”, gdzie wysyła go firma w celu wyjaśnienia sprawy milionowego długu lokalnej firmy. Murphy w toku śledztwa szybko dowiaduje się o legendzie dotyczącej miejscowej rzekomo nawiedzonej posiadłości i ukrytego w niej skarbu. Legenda okaże się prawdziwa a młody chłopak zostanie w plątany w epicką historię o voodoo, pirackich skarbach, czarnej magii, spisku z zaświatów, okropnej zdradzie i miłości silniejszej niż śmierć.
Nie będę owijał w bawełnę- poza point and clickami spod znaku Małpiej Wyspy, żadna inna przygodówka nie zaangażowała mnie aż tak na poziomie fabuły. Historia jest wielowątkowa, rozbudowana i oferuje iście książkową fabułę. Zaprawdę w miarę postępów w grze moja fascynacja rosła geometrycznie. Nie chcę zdradzać szczegółów, ale mamy tu mnóstwo motywów, które przywodzą na myśl kino nowej przygody i dostarczają tyle samo magii. I to już od samego wstępu, gdzie jazz band duchów wyśpiewuje piosenkę o zdradzonej Pannie młodej, nieszczęśliwej, naznaczonej tragedią miłości i diabolicznym spisku przebiegłego czarnoksiężnika.
Cała opowieść podzielona jest na cztery długie rozdziały, a każdy z nich jest niemal osobną opowieścią z własnym celem i zwrotami akcji. Zbieramy składniki do zaklęcia, próbujemy wydostać się z nawiedzonej posiadłości, szukamy mitycznego skarbu aż w końcu w wielkim, okraczonym cudownym twistem finale, mierzymy się z okrutnym złolem. Szaleństwo!
A jak prezentują się aspekty techniczne „Foolish Mortals”? Też fenomenalnie. Lokacje są kolorowe i pełne detali, voice acting jest na wysokim poziomie, zaś muzyka… mój Boże… muzyka rozwala system! Kompozycje są różnorodne i tworzą niesamowity klimat zaś jazzowy song „Bellmore Boogie”, o którym wspomniałem wcześniej, to sztos nad sztosy (serio posłuchajcie sobie na Youtubie). Aż trudno uwierzyć, że grę o takim wysokim poziomie technicznym stworzyło niezależne studio („Inkwood Studios”- zapamiętajcie tę nazwę).
Do zagadek też nie ma co się przyczepić. Nie są ani za trudne ani za łatwe, za to są różnorodne i wystarczająco niesztampowe. A jeśli gracz zatnie się na dłużej to nasz bohater dyskretnie podpowie, co jego zdaniem wypadałoby teraz zrobić, żeby pchnąć fabułę do przodu. Ale uwaga! Powie co, ale nie powie jak, więc nie ma się poczucia, że idzie się na skróty. Bardzo fajne rozwiązanie, które zapewnia właściwy flow rozgrywki pozwalający skupić się na fenomenalnej wręcz historii.
Oczywiście „Foolish Mortals” nie jest grą bez wad, ale są to drobnostki. Chociaż niektóre troszkę drażniące. Na przykład nie można nadpisywać gier ani wpisywać nazw savów. Może to być wkurzające jeśli kilka osób gra równolegle na jednym komputerze. Albo na przykład mapa, którą posługujemy się w trakcie gry. Gdy wejdzie się w jej ekran, to już nie można wyjść tylko trzeba wybrać lokację do przeniesienia. Taka pierdółka, ale męcząca. Można się też miejscami przyczepić do animacji. O ile grafika jest przepiękna, o tyle animacje nie powalają. Postacie nie zawsze ruszają ustami, gdy mówią a główny bohater biega sztywno i nienaturalnie. Ale można się przyzwyczaić.
Ostatnia rzecz, o której muszę wspomnieć, bo niektórzy uznać ją mogą za wadę, to bardzo duże podobieństwo do gry, o której wspomiałem tu kilka krotnie czyli „The Secret of Monkey Island”. Niektóre elementy „Foolish Mortals” tak bardzo przypominają historię Guybrusha Threepowda, że na pewno nie są one przypadkiem a co najmniej świadomym hołdem. Niektórzy mogą wręcz uznać, że ocierają się one o plagiat. Czarnoksiężnik voodoo wprowadzający w historię, nieumarły antagonista, ukryty skarb czy nawet sama wyspa, przypominająca kształtem i układem tę z Sekretu Małpiej Wyspy, te wszystkie elementy są praktycznie wzięte z klasyka Rona Gillberta. Oczywiście jako fan boy pirackiej sagi powiem tylko- „where wady”, ale przecież nie chyba nie każdy jest takim fan boyem ( a może każdy hahaha).
W sumie wyszło sporo tych minusików, ale muszę jeszcze raz powtórzyć, że to pierdoły. Nawet z nimi „Foolish Mortals” to point and click praktycznie idealny. Pięknie wyglądający i pięknie brzmiący, z wciągającą od pierwszych sekund i ulepioną z świetnych motywów fabułą, z fantastycznym twistem i zakończeniem, w którym „Love conquers all” i „wszyscy żyli długo i szczęśliwie”. Ach! Jak ja lubię takie zakończenia i takie gry w ogóle. „Foolish Mortals” spełnił moje marzenie o point and clicku praktycznie doskonałym. Długo na to czekałem, ale doczekałem się. I chcę jeszcze!
ocena: 9,5/10
autor recenzji: GoroM

