10 HORRORÓW, KTÓRE SĄ JAK RAMEN OD HOMERA (REWELACYJNE, CHOĆ PEWNIE WIELU O NICH NIE SŁYSZAŁO)

Jakiś czas temu napisaliśmy  taki post jak 10 HORRORÓW, KTÓRE SĄ JAK SUSHI OD HOMERA (REWELACYJNE, CHOĆ PEWNIE WIELU O NICH NIE SŁYSZAŁO). Spotkał on się z fajnym odzewem, np. takim jak na to to stadionowe hasło „Druga strona  odpowiada”, na naszym ukochanym stadionie przy Al. Unii (team ŁKS!). Znacie ten dowcip? Gdy jedna trybuna na ełksie krzyknie, że coś tam druga strona odpowiada, to z naprzeciwka jest odzew np. „ interregio do Koluszek odjeżdża z peronu 3 tor 5”?  To mniej więcej taki był odzew na nasz post.  Tzn. mamy na myśli, że dowcipny i wesoły, a nie żebyśmy zjeżdżali tym do Koluszek. No a ponieważ Hania Zdanowska buduje nam na stadionie wreszcie pozostałe trybuny, postanowiliśmy też kontynuować poprzedni post. No więc dziś dajemy wam „10 HORRORÓW, KTÓRE SĄ JAK RAMEN OD HOMERA”. Czyli też rewelacyjne, choć pewnie niewielu jeszcze o nich słyszało.

A tak na marginesie może po naszych postach więcej ludzi usłyszy o tych filmach, a może nie, ale o ramenie od Homera to niedługo na pewno będzie głośno. A jak chcecie kiedyś powiedzieć, że jarałem się ramenem od Homera, zanim to było modne to zapraszamy tu https://uml.lodz.pl/aktualnosci-lodzpl/artykul-lodzpl/startuje-jesienna-edycja-ramen-festival-w-lodzi-zobacz-festiwalowe-rameny-id44991/2021/11/3/. Jakby co to pw, to powiemy, gdzie akurat nasz człowiek szaleje na kuchni.

Tak, chwalimy się!!!!

A niedługo to już w ogóle będzie taka dedykowana knajpa, w której będzie można nas spotkać, zjeść czyjąś wątrobę popijając chianti….wróć….pyszny ramen i pogadać z nami o horrorach.Czyli jak mawiał Jules Winnfield, coś jest na rzeczy, ale wczujmy się rolę.

Zatem, jakie jest 10 horrorów, które są jak ramen od Homera, czyli rewelacyjne, pewnie niewielu jeszcze o nich słyszało?

The Loved Ones

Nie jestem pewien czy film ten jest jakiś bardzo nieznany, ale wydaje mi się, że tak, bo jest to obraz australijski a kraina kangurów i bumerangów nie słynie z dzieł grozy. Z resztą nawet jakby był ciut znany to na pewno nie tak, jak na to zasługuje.

Jest to bowiem petarda jakich mało.

Nigdy bym nie pomyślał, że będę się zachwycał horrorem z gatunku „shocker” A tu proszę.

Może to dlatego, że jest to „shocker” połączony z teen dramą/young adult/kinem młodzieżowym a to mix jest fantastyczny. Wszystko wypada psychologicznie wiarygodnie i naturalnie, albowiem każdy wie, że czasy młodości „górnej i durnej” to okres, w którym  „krzywe jazdy” (trafny zwrot, którego lubił używać bramkarz z nigthclubu Baz- Ar Mariana Paździocha) są na porządku dziennym.

Oprócz tego, że naturalne, jest to wszystko psychologicznie ciężkie i intensywne. Toksyczna miłość, nienaturalne relacje między ojcem i córką, młodzieńcze obsesje  i destrukcyjne relacje, gdy wszystko to prowadzi do  szokujących zagrywek typu „ręka, noga, mózg na ścianie” to wypada to świetnie.

Film jest też oryginalny (nie mamy tu stereotypowych „typów” uczniów szkoły średniej), obfitujący w zaskoczenia (mocne i szokujące) oraz nawiązania  do kina grozy.  Jest też świetną, dekonstrująca schematy „teen movies” satyrą i nie stroni od czarnego humoru. Że trzyma w napięciu nie muszę nawet wspominać. Wspaniała jazda bez trzymanki!

 

Hiszpański cyrk

Podobny przypadek, jak powyższy- nie wiemy czy jest nieznany, ale na pewno  nie jest tak znany, jak na to zasługuje. A jak jest znany, to chyba tylko wśród znawców (takich jak my, lol), wnioskując po tym jak trudno znaleźć go gdziekolwiek. No nie jest to „nowy James Wan”. Na szczęście.

Jest to bowiem ciężkie, mądre, oryginalne, szokujące, świetnie nakręcone kino, przepełnione oryginalnym stylem Alexa de la Iglesii, którego obecności w kinach powinniśmy mieć znacznej więcej niż jakiegoś tam Jamesa Wana.

Hiszpański Cyrk opowiada o -jak sama nazwa wskazuje- cyrku (trupie cyrkowej), który staje się areną rywalizacji dwóch klaunów o względy akrobatki.  I w zasadzie to tyle- w kwestii fabuły, pod którą kryje się  jednak więcej, znacznie więcej.

Jak można się domyślić rywalizacja klaunów doprowadzi- i to już w połowie filmu- do krwawej brutalnej tragedii. Potem jest już tylko gorzej, bo szaleństwo popycha obu rywali, do festiwalu przemocy na ulicach miasta.Pod tą, wydawać by się mogło prostą fabułą, kryje się bowiem opowieść o traumie i piętnie doświadczenia wojny domowej, w którą zostali wciągnięci zwłaszcza ci, którzy najmniej tego chcieli, a która ostatecznie prowadzi do rozpadu osobowości, ze szczególnym uwzględnieniem niemożności przeżywania miłości w sposób inny niż destrukcyjny.

W konsekwencji powstał obraz mocno dający w twarz i nie dający o sobie zapomnieć

 

Szept I mrok

No to jest film, który obejrzeliśmy dzięki SPLAT FILM FEST INTERNATIONAL FANTASTIC FILM FESTIVAL 2020. Jest to kino festiwalowe, zatem z definicji trochę w opozycji do mainstreamu, zatem nieznane szerzej, a jak to na SPLAT-cie, oczywiście bardzo dobre. W zasadzie większość filmów ze SPLATu mogłoby tu trafić, no, ale wybraliśmy jeden- ten, których chyba podobał nam się najbardziej

Jest to tzw. rural horror, o którym to podgatunku dowiedziałem się dzięki temu filmowi. I przekonałem się też,  że lubię ten rodzaj horroru gdyż jest to bardzo dobry pomysł na budowanie grozy i że mało jest filmów w tym rodzaju a zwłaszcza na tym poziomie. Sam gatunek jest zatem jeszcze i jeszcze nieszczególnie popularny, a już na pewno  jeszcze niewyeksploatowany.

Akcja dzieje się na małej famie, do której przyjeżdża rodzeństwo aby towarzyszyć/pomóc umierającemu ojcu. Niedługo potem zaczynają się dziać dziwne rzeczy.

Film ocieka ciężkim klimatem, gęstą grozą i w konsekwencji ma bardzo ważną dla horroru cechę, wspólną z resztą z jednym z naszych ulubionych horrorów, tj. Last shift, a mianowicie straszy . I TO BARDZO. Co też ostatnio jest coraz rzadziej spotykane. Przy tym  jest mocno krwawy i brutalny, jak na film o nawiedzeniach. Nie tam żadne bzdury PG 13 spod znaku jakichś zakonnic.

Generalnie mocne horrorowe wrażenia zapewnione.

 

Bloody Reunion

Z kinem azjatyckim jest taki problem, że obfituje w tyle wspaniałych dzieł, że trudno w ramach jakiegokolwiek zestawienia umieścić je wszystkie. Z tego względu część świetnych filmów jest pomijana, choć absolutnie zasługują na uznanie. Takim jest właśnie „Bloody Reunion”.

Obraz ten ma wszystko za co kochamy „asiany”. Jest do przesady krwawy i brutalny, ale i złożony psychologicznie, cieszy fenomenalnym aktorstwem a przedstawiona historia zawiera w sobie mroczną tajemnicę z przeszłości i zaskakuje szokującym twistem.

Ale film ma coś jeszcze. Jak na „asiana” jest oryginalny, albowiem mamy tu mieszankę slashera z kryminałem spod znaku kilkoro osób w jednym miejscu i pytania, kto zabił.  Przy tym dzięki wspaniałemu aktorstwu i błyskotliwe napisanych postaciach aspekt ten wypada po prostu niesamowicie i angażuje niesłychanie. Do tego stopnia, że typowe zalety „asiana” (twist, tajemnica z przeszłości, brutalność itd.) bledną w porównaniu z wspomnianym elementem „kryminalno dramatycznym”. Osobiście siedziałem jak na szpilkach nie wtedy, gdy rozpoczął się festiwal morderstw a wtedy, gdy spotykający się po latach znajomi rozmawiali przy stole, o tym co ich łączyło i kto z kim ma jaki problem. Niesamowite!

Niesamowity jest w gruncie cały seans „Bloody Reunion”.

 

Witching and bitching (tłum „Wredne jędze”)

Kolejny film od Alexa de la Iglesii. Ten reżyser jest w całość jak kuchnia Homera- genialny, ale jeszcze nie tak znany jak na to zasłużył. Alex de la Iglesja jest uznany u sebe w kraju, ale w Polsce jakoś sje jeszcze „ne przyjął” Bardzo nas to dziwi! Zatem będziemy go promować, gdzie popadnie, tak długo aż przyjedzie do Polsk, umówi się z nami w knajpie u Homera i powie „Chłopaki, bardzo dobra, robota, dzięki Wam zrozumieli mnie w kraju Wałęsy, Lewandowskiego i Żubrówki”, Czy co tam Wam się kojarzy.

Witching and bitching to przede wszystkim kolejny popis oryginalności.

.Film opowiada (na początku) o dwóch facetach, którzy napadają na bank. Przy okazji bardzo widowiskowego napadu (Jezus z shotgunem!), okazuje się, że obaj panowie mają problemy ze swoimi (w jednym przypadku już byłymi) kobietami. Dają temu wyraz dość mocno, często i głośno, w trakcie napadu, jak i późniejszej, brawurowej ucieczki. Co to za problemy, nie będziemy zdradzać, ale możecie się domyślać. To są te problemy, o których jedni mówią, że to faktycznie problem z kobietami, a inni, że z facetami, którzy je tak widzą jak bohaterowie Witching and bitching.A gdzie tu horror? No jest i to bardzo oryginalny. Nasi bohaterowie trafiają bowiem do wioski……rządzonej przez wiedźmy. Są to zarazem wiedźmy takie prawdziwe, ze swoim czarami, rytuałami, kultem, jak i te metaforyczne, bo są sportretowane dokładnie tak jak nasi bohaterowie, a i pewnie spora część męskiej części widowni utożsamiająca się z ich poglądami widzi tytułowe „wredne jędze”.

Film jest rewelacyjny. To ubrana w szaty horroru pełnego akcji, brutalności i klasycznych motywów ( z kategorii witch/occult) psychoanaliza odwiecznej wojny damsko- męskiej i stron konfliktu, które chcą albo muszą widzieć go w określony sposób.

Bardzo ciekawe jest tu jak te, niekiedy bardzo celne obserwacje na ten temat, idealnie wpasowują się w konwencję horroru (no kto by pomyślał), w której obie strony po prostu uskuteczniają Witching and bitching, co oferuje nam, jak już se rzekło, dużo horroru, dużo akcji, sporo krwi, bardzo oryginalny klimat oraz masę humoru

Wszystko to się splata naprawdę świetne, jest naprawdę ciekawym (takim trochę symbolicznym) głosem na temat, który porusza, a nawet jakby to pominąć, po prostu horrorem, który wciąga od zaskakującego początku po….jeszcze bardziej zaskakujący finał.

Przy tym Alex de la Iglesii udowadnia, że jest mistrzem pisania ciekawych postaci, rewelacyjnych scen oraz wręcz kaskaderskiego żonglowania wieloma klimatami, w całkiem autorskim, masakrycznie oryginalnym i wybuchowym stylu.

 

Krwawy test

Niedawno jeden z naszych czytelników zapytał jaki jest najbardziej wstrząsający film jaki widziałem. I pisząc tego posta pomyślałem, że Krwawy Test mógłby być wysoko na liście tego rodzaju obrazów. Film nie jest ani obrzydliwy, ani w horrorowy sposób straszny czy horrorowo szokujący. Ale właśnie wstrząsający. A raczej poruszający.

Obraz opowiada o grupie młodych licealistów gnębionych przez starszych i silniejszych „kolegów”.  Bohaterowie są poddawani psychicznemu i fizycznemu znęcaniu (które dla ich oprawców wydaje się niewinnymi żartami) tak długo, że w końcu „pękają” I postanawiają odpłacić oprawcom dokładnie tym samym.

„The Final” jest niskobudżetowym ubranym w szaty horroru świetnie napisanym dramatem psychologicznym. I przeraża. Bo jest prawdziwy i przekonujący.  Przeraża to, że wiarygodnie pokazuje psychikę bohaterów oraz to jak zło, które im wyrządzono wypaczą ich naturę zmieniając ofiary w oprawców. Przeraża to, że gnębiciele (a wcześniej gnębieni) pragną tylko oddać tyle bólu ile gnębieni (a wcześniej gnębiący) dali im wcześniej. Przeraża, to że rozumiemy katów, a być może im kibicujemy. A słowa, które oprawcy wypowiadają, poruszają do głębi.

Mógłbym też jeszcze wspomnieć, że mimo małego budżetu film ma fajną horrorową „plastykę”, która wyraża się przede wszystkim w kostiumach, ale także w ponurej, obskurnej kolorystyce i scenografii, ale takie zalety nie mają znaczenia w obliczu tego, że „Krwawy test” wiarygodnie pokazuje zło, które rodzi się w pojedynczym człowieku na skutek bezmyślności, głupoty, braku empatii społeczeństwa, w którym jednostka egzystuje. Jeśli więc ktoś oglądał wcześniej „The Final”, to „Joker” Todda Phillipsa być może nie wyda mu się tak odkrywczy.

W każdym razie „Krwawy test” to jeden z tych filmów, o których nie mogę zapomnieć.

 

The vast of night

„The vast of night” to kolejny horror  z polecenia naszego zioma  Łukasza (Instagram: lukaszkochakomiksy), którego polecenia jak dotąd zawsze trafiały w nasze gusta. Jest to też horror gatunku, który bardzo lubimy, czyli takiego, który nastrój buduje minimalistycznymi środkami, nie pokazując za wiele, za to bardzo umiejętnie tworząc atmosferę grozy niedopowiedzeniami i sugestiami. Mimo, że film, jest świetny, to nie jest szeroko znany, a to właśnie chyba z powodu gatunku, do którego należy.  Z jakichś powodów nam nieznanych  generał publiczny niespecjalne lubi slowpaced Cinema, i filmy w tym stylu są często nieznane lub cieszą się raczej uznaniem krytyków, a mniej publiczności (to np. kazus naszego ukochanego Ferbruary). Wiecie np., że jak byliśmy w kinie na Lighthouse, to mimo, że stanowiliśmy 1/3 widowni to jedna para wyszła w połowie, przez co stanowiliśmy już połowie widowni). Anyway, trochę rozumiemy dlaczego tak jest bo do takich filmów trzeba cierpliwości, są  dość trudne w odbiorze, bo wymagają koncentracji i uwagi. Nie napiszemy, że pewnego wyrobienia bo nie będziemy się snobować, ale na pewno nie jest to szybka popcornowa rozrywka. Jest to też gatunek trudny do robienia, ale za to jak już wyjdzie to dobrze to mamy petardę i dzięki temu dobre horrory w tym stylu, są od razu jednymi z lepszych horrorów w ogóle. Nie na darmo H.P Lovecraft wymyślił, że największa groza to tak, która czai się tam, gdzie jej nie widać, a przez to tak naprawdę wszędzie

No, „The vast of night” robi to właśnie bardzo dobrze Nie będziemy zdradzać o czym film jest, (ok, wiemy, ze jest już u nas recenzja XD) ale napiszemy,  że jest on w swoim gatunku zrobiony wzorcowo. Atmosfera niepokoju i narastającej psychozy jest wykreowana po prostu wyśmienicie i to wyłącznie bardzo prostymi środkami. Głównym straszakiem  są tu bowiem dźwięki a rozmowy. Rozmowy między ludźmi, którzy „coś” widzieli, o „czymś” słyszeli lub w „czymś” brali udział. Każda kolejna konwersacja, każdy kolejny telefon słuchacza do rozgłośni radiowej, powoduje zwiększenie dawki grozy i paranoi. Aż do kulminacyjnej rozmowy z jedną z mieszkanek miasteczka i finałem, który niewiele pokazuje, ale „wybrzmiewa” po prostu idealnie. Czuć narastające poczucie nadchodzenia czegoś fatalistycznego i na swój sposób „ostatecznego”. Równocześnie czasem film, coś pokazuje z nadchodzącej grozy, ale rob to mega umiejętnie tylko potęgując napięcie.  „The Vast of night” ma jeszcze dwie zalety, które potęgują przyjemność z oglądania: świetnie wykreowane realia oraz wspaniale napisanych bohaterów.

Do obejrzenia koniecznie

 

American Mary

American Mary był pierwszym horrorem od początku prowadzenia bloga, po którym niewiele się spodziewałem a dostałem efekt WOW. Nie spodziewałem się bo fabuła zapowiadała „revenge movie” pomieszane z „shockerem” za którymi to gatunkami nie bardzo przepadam.

Film opowiada o studentce medycyny, która zostaje zgwałcona przez swojego wykładowcę a dodatkowo wyrzucona z uczelni. Żeby jakoś powiązać koniec z końcem zmuszona jest wykorzystywać swoje zdolności chirurgiczne w nie do końca legalny, ale intratny sposób. Dodatkowo staną się one dla niej narzędziem chorej zemsty.

Faktycznie American Mary jest teoretycznie shockerem i revengem movie, ale tak naprawdę jest mega mrocznym, posiadającym głębię dramatem psychologicznym okraszonym poetyką perwersji niczym w kinie azjatyckim. . Jest tu zresztą i  dramat, i miłość, i samotność, i cierpienie i popadanie w szaleństwo. I zemsta. Obraz wciąga, porusza i faktycznie też szokuje, ale w żadnym razie nie w prymitywny, prostacki sposób. Poza tym ma przesłanie i można się w nim doszukać np. satyry na amerykański sen (i paru innych rzeczy też)

Film jest także pięknie sfilmowany i koncertowo zagrany. Pamiętam jak dziś, że kreacja głównej bohaterki po prostu mnie urzekła i pomyślałem, że jest praktycznie oscarowa.

Żeby najkrócej opisać American Mary, należałoby powiedzieć, że jest to dzieło kompletne. Szokujące, wciągające, poruszające, fascynujące.

A Dark Song

A Dark Song to kolejny horror z gatunku trudnego w odbiorze czyli „slow pace”. I jest minimalistyczny do bólu. Co w tym przypadku jest wielką zaletą, bo idealnie podkreśla to, o czym opowiada fabuła.

A ta jest w sumie oryginalna. Nie jest to historia o duchach, demonach czy też innych takich. Mroczna pieśń to opowieść o magii. I pokazuje nam, że magia sama w sobie jest czymś wielkim i przerażającym. Nie mamy tu czarowania na lewo i prawo, inkantacji z Internetu czy innych bzdur, po których demony rozłażą się po świecie jak jakieś minionki.

Dostajemy za to długie, dziwaczne, męczące rytuały, które mogą, ale nie muszą przynieść skutek a każde drobne ich uchybienie może być katastrofalne. Na dodatek ów skutek, na który czekamy, może się  okazać wcale nie taki, jaki chcemy, a nawet taki, jakiego nie chcielibyśmy za żadne skarby świata.

Takie podejście do tematu jest odświeżające, interesujące i tworzy klimat niesamowity,  psychicznie przytłaczający, ciężki, przerażający, ale też oczarowujący. Oczarowujące jest też zakończenie. Skrajnie minimalistyczne, a jednak jedyne właściwe. Doskonale pointujące fabułę, która dzięki niemu staje się historią o odkupieniu.

A sam film Dark Song jest horrorem innym niż większość. Co jest jego największą zaletą .

 

Bloodbath at the House of Death.

Lata 80 to złoty okres dla horroru, zwłaszcza jego pewnego typu. Pewnych rzeczy kręciło się bardzo dużo. Powstało bardzo wiele bardzo dobrych horrorów. Złych pewnie też. W tym przybytku, od którego głowa podobno nie boli, choć czasem pewnie pęka z hukiem, nietrudno o zgubienie paru perełek.

Do których to naszym zdaniem należy Bloodbath at the House of Death. W sumie mógł on przejść bez echa, ponieważ nie jest to końca tym, czego typowy odbiorca gatunku, do którego ten film należy, może się spodziewać. Jest to bowiem z jednej strony hołd złożony klasycznym horrorom lat 80, a jednocześnie parodia tego stylu, który wówczas ….był jeszcze na etapie kształtowania.

Film opowiada historie 6 naukowców, którzy badają tajemnice  enigmatycznej masakry, do której doszło wiele lat wcześniej w pewnym upiornym domostwie. W trakcie badania okazuje się, że za wszystkim stał pewien kult. Niestety dla niektórych okazuje się  za późno bo wszystko prowadzi do makabrycznej śmierci….ze śmiechu.

Film ma dużo wspólnego z późniejszymi mistrzowskimi parodiami spod znaku Lesliego Nielsena oraz Mela Brooksa. Do tego stopnia, że wyłapaliśmy żarty, wprost potem powtórzone w Szklanką po łapkach, Egzorcyście 2 i ½ czy Wampirach bez zębów. Jest to nasz ulubiony rodzaj humoru i jeśli takiego szukacie to się nie zawiedziecie.

Jest to zatem nie tylko „Naga broń” horroru, ale „Commando” horroru. Wiecie co nazywamy „syndromem Commando”? Celne sparodiowanie reguł gatunku, jeszcze zanim na dobre powstały (legendarne „Pamiętasz jak mówiłem, że zabije cię na końcu? Kłamałem”). Wymaga to absolutnego wyczucia formy i  stylu. Bloodbath in the House of Death to właśnie ma I to właśnie robi. Nie tylko parodiuje gatunek jako taki, ale wprost konkretne filmy, które właśnie stawały się klasykami (wprost parodie scen z Lśnienia, Martwego Zła, czy Obcego).

Nie wszystkim się może to podobać, bo można w sumie nie zrozumieć o co tu chodzi. Nie ukrywamy, że my bawiliśmy się świetnie. Według nas to obowiązkowa pozycja dla fanów i znawców horroru, którzy jednocześnie mają w sobie dużo dystansu.

GoroM/GoroA. A po pyszny ramen, tylko do Homera,

 

Podobało Ci się?

0 0

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Utracone hasło

Podaj swój adres e-mail. Po zatwierdzeniu formularza wyślemy do Ciebie wiadomości z linkiem, który umożliwi Ci utworzenie nowego hasła.