10 horrorów abstrakcyjnych, absurdalnych, a nawet meta

Zauważyliśmy, że jak wrzucimy jakieś zestawienie, to taki post osiąga zazwyczaj porażający sukces wyjścia na łowy lajków i komentarzy poza krąg naszych szwagrów. Podłapując ten trynd zrobiliśmy zestawienie możliwych zestawień, z zapytaniem, które z nich nasi fani (nie czytelnicy, tylko fani!), chcieliby przeczytać. Szaloną większością, zdobywając trzy głosy wygrało zestawienie filmów abstrakcyjnych, absurdalnych, a nawet meta. Jak mawiają Święci z Bostonu: „jakoś dziwnie nam to pasuje”. GoroM jest abstrakcyjny, ja absurdalny a Homer nawet meta i w takich tematach czujemy się jak mega pirania 3d w wodzie. No i teraz możecie się zapoznać z taką listą wg naszego me gusta. Zrezygnowaliśmy z rzeczy oczywistych jak Llamagadeony, Velocipastory czy Thankskilling, bo choć tego typu akcje (Gobble gobble, motherfucker!) to oczywiście cud, mód i orzeszki, gdy jesteś na nie ciężko uczulony, to jednak postanowiliśmy wyróżnić rzeczy mniej oczywiste (bo chcielibyśmy, żeby nasze zestawienia były dla was, jak nasza odpowiedź, gdy ktoś nam  mówi, że jesteśmy piękni i mądrzy, czyli: „Powiedz mi coś czego nie wiem”) lub bardziej złożone, np. tak jak kuchnia Homera.

Poza tym chodziło nam o to, żeby oprócz czystego absurdu, w opisywanych filmach  można było dostrzec jeszcze inne wartości, bo akurat w tym kraju, to czystego absurdu wszyscy mają po uszy/pachy/dziurki w nosie (niepotrzebne skreślić) , a jeśli nie ma, to zawsze zamiast z naszych wypocin, może skorzystać z misji telewizji publicznej.

Domek w głębi lasu

Zestawienie filmów abstrakcyjnych, absurdalnych a nawet meta nie może się obyć bez „Domku w głębi lasu” prawdopodobnie najważniejszego meta horroru w historii. Kiedy standardowy film grozy z tego podgatunku bierze na warsztat zwykle jeden typ „straszaka” i  charakterystyczne dla niego motywy „Cabin In the woods” bierze je wszystkie!  I z wszystkich inteligentnie się natrząsa jednocześnie oddając im hołd (Sigouerney Weaver jako główny szwarccharakter , duh!)  W tym filmie po prostu nie ma elementu, który nie nawiązywał by do klasyki (od slashera do japońskiego ghost story czy Lovewcrafta) i nie wykorzystywał owej klasyki w przewrotny sposób, tworząc nową wartość.

Ale „Domek w głębi lasu” pasuje nie tylko to zestawień filmów meta, ale także do filmów absurdalnych i abstrakcyjnych. Abstrakcyjnych dlatego, że absolutnie abstrakcyjnym pomysłem było to, żeby powiązać wszystkie (powtórzę to jeszcze raz WSZYSTKIE) motywy z wszystkich horrorów jedną fabułę.  A absurdalnych dlatego, że absurdem było oczekiwać, że to „zadziała” A zadziałało. I to jak!

A sekwencja rzeźni w laboratorium to już samo w sobie Everest meta abstrakcyjnego horrorowego absurdu.

Slaxx

Slaxx jest  reprezentantem nurtu, którego przedstawicielami można by wypełnić całe zestawienie filmów spod znaku abstrakcji i absurdu- wiecie chodzi o obrazy, gdzie morderca jest naprawdę niedorzeczny (indyk zabójca, zabójcze donuty, zabójcze bobry itd.). Dlatego w tym poście chcemy uwzględnić tylko takie z tych dzieł, które poza cudowną dawką durnoty mają też inne zalety.
Takim filmem jest Slaxx- horror o morderczych jeansach. Sam pomysł na zabójczą garderobę winduje omawiane dzieło do topki w swoim gatunku, ale poza tym Slaxx przemyca całkiem niegłupie motywy. Obraz w krzywym zwierciadle pokazuje codzienne funkcjonowanie „korpo”, punktując jego absurdy, co już samo w sobie jest bardzo zabawne, a jednocześnie pokazuje  mroczną stronę funkcjonowania globalnych firm oraz głupotę jej klientów i pracowników.

Slaxx jest też świetnie zrealizowany ( w przeciwieństwie do większości tytułów z nurtu, do którego należy), ma dobrą muzykę i niezłe aktorstwo a także jest dość krwawy. No i najważniejsze-mordercze jeansy w akcji to widok, którego nie da się „odzobaczyć”  I dobrze!

Mordercza Opona

Drugim klasycznym przedstawicielem tego nurtu, a jednak tak cudownie przewyższającym 99% poziom owego nurtu jest „Mordercza opona”. Jak sam tytuł wskazuje, tutaj mordercą jest nie kto (co?) inny  jak…..opona. To wcale nie jest przenośnia, na krwawym tourne w tym filmie rusza bowiem piękna, gumowa, bieżnikowana przedstawicielka oferty dajmy na to Michelia, Dunlopa, Goodyera czy Bridgestona. Czym ten film wyróżnia się na tle innych gatunków. Jest nie tylko absurdalny, ale i meta. A przy tym podwójnie absurdalny i podwójnie meta. Już sam pomysł obsadzenia opony jest absurdalny, ale jak się spodziewać, że będzie uroczo zabijać, tak jak się można spodziewać po oponie, np. pakując się na koło samochodu aby potem przejechać komuś po głowie to się grubo mylicie. Otóż nasz gumowy (nie)przyjaciel ma ……moce parapsychiczne, czy jak to się tam zwie. Jest to absurd do potęgi drugiej, ale to nie jest jeszcze koniec potęgowania, bo kolejnym absurdalny, ale jakże genialnym i świetnie wykorzystanym pomysłem, jest to, żeby ten pomysł wykorzystać jako meta komentarz. Tu właśnie dochodzimy do poziomu meta. Otóż Mordercza Opona jest filmem w  filmie, w którym tytułowy (anty) bohater podąża za swoją upatrzoną ofiarą (po drodze zostawiając wiele innych ofiar), a za nim podąża…..widownia, która ogląda to jak film, zastanawiając się co jeszcze nasza opona wymyśli. Jest to idealny patent na obśmianie schematów kina grozy, ale tu dochodzimy do drugiej meta potęgi. To jest nie tyle pastisz tych schematów, ale pastisz….widowni która to łyka ja pelikany (Z kogo się śmiejecie? Z samych siebie się śmiejecie). A jedna ze scen rozbijania czwartej ściany, to najlepsze co w tym stylu można zobaczyć od czasów kiedy Lord Hełmofon pożyczył kasetę z Kosmicznymi jajami”

Szczęście rodziny Katakuri

Kiedy obejrzy się jakiś absurdalny horror reżysera z kręgu cywilizacji zachodniej, który to twórca zadaje się swym dziełem mówić-  „nie da się zrobić bardziej absurdalnego g…na”, to wystarczy sobie włączyć jakiś japoński abstrakcyjny obraz  (np. „Szczęście rodziny Katakuri”), którego autor zdaje się swym filmem odpowiadać- „Nie da się? To potrzymaj mi sake piwo”.
Jak wiadomo Japończycy za nic mają utarte schematy i formy, tudzież pier…lą konwenanse i jadą z baunsem, a nawet nie pie…lą się w tańcu i do fabuły, gdzie trup ściele się gęsto wprowadzają dajmy na to taniec i śpiew.
Tak jest w przypadku „Happiness of the Katakuris” który jest komedio, thirllero musicalem z  dodatkiem animacji poklatkowej. I jeśli w przypadku większości absurdalnych filmów, takie abstrakcyjne, formalne fikołki byłyby wartością samą w sobie lub służyły obśmianiu gatunkowych schematów, w azjatyckim kinie są, jak to zwykle w azjatyckim kinie, kolejnym, zwykłym, równoprawnym środkiem wyrazu do przekazania z jednej strony prostej a z drugiej przecież głębokiej i humanistycznej prawdy życiowej. Sama treść dzieła jest przy tym drugorzędna, ważna jest idea, a to co z początku wydaje się być ironicznym a nawet groteskowym montypythonowym „always look at the bright side of life” z czasem okazuje się prawdziwe, ponad czasowe i po prostu naturalne.
Czasem jest smutno, czasem wesoło, czasem ktoś znienacka padnie  trupem, a czasem trzeba po prostu zaśpiewać i zatańczyć. Jak to  w życiu. I pamiętajcie… rodzina jest najważniejsza.
A „Szczęście rodziny Katakuri” to nie tylko niemalże arcydzieło absurdu, ale niemalże arcydzieło, tak po prostu.

Iron Sky

Żadne szanujące się zestawienie filmów abstrakcyjnych nie może też z pewnością obyć się bez dzieła o nazistach. Oczywiście da się znaleźć w tym temacie bardziej szalone pomysły na fabułę niż ”Iron Sky” (np. „ Sky Sharks-Latające zombie rekiny w służbie SS”), ale naszym zdaniem nie o to chodzi, żeby wymyślić jak najgłupszy motyw, ale żeby pomysł miał swój cudowny  „campowy ” sens. Otóż „Iron Sky” jest filmem o nazistach. Z księżyca.  Naziści. Z księzyca. Napadają Ziemię. Przecież to samo piękno i dobro. No i ten film był chyba jednym z pierwszym, który wykorzystał nazistów do roli kulturowego mema.  Na dodatek poza czystą, rozrywkową zgrywą „Iron Sky” jest też świetną satyrą na media i polityków,  wizualną parodią kultowych filmowych motywów (np. „Gwiezdnych Wojen”) oraz skrzy się inteligentnym dowcipem ( naziści odkrywający smartfona i USB), a nawet jest w miarę porządnie zrealizowany. Przede wszystkim jednak jest arcyzabawny.  Ale to wszystko nieważne w obliczu faktu, że zagrożeniem są tu naziści z księżyca. NAZIŚCI. Z KSIĘŻYCA.

Meet the Feebles

Podobnym przebłyskiem absurdalnego geniuszu wykazał się inny film, kompletnie nieazjatycki. Mowa mianowicie o Meet the Feebles Petera Jacksona. Tak TEGO Petera Jacksona.

Film opowiada o kulisach programu rozrywkowego i mrocznych stronach osób go kręcących. Show jest bardzo chętnie oglądany, jego gwiazdy są prawdziwymi gwiazdami, ale pod tym kryje się, no cóż, degrengolada biznesu  i jej skutki, a więc molestowanie, amatorskie porno, depresje, zdrady, dragi i inne takie. W czym tkwi geniusz (nie, nie w tym, że nie stracił, a nawet zyskał na absurdalności) i absurd? Otóż uwaga, uwaga…jest to film kukiełkowy.

Czego my tu nie mamy: gwiazdę programu hipopotamicę, która zajada swoją depresję po tym jak zdradził ją mąż  mors- szef programu, owego morsa-szefa programu, który jak ktoś mu się nie podoba na castingu, to go pożera, poza tym zdradza żonę z kotkami, gada, który po traumie z wojny Wietnamie, stoczył się i został ćpunem, oszukującym wszystkich na kasę, żeby tylko mieć na dragi, królika, który jak to królik robi dużo tego, co króliki robią dużo, a akurat niestety jest nosicielem HIV, czy np. szczura reżysera całego show który po godzinach kreci undergroundowe porno oraz muchę-dziennikarza, która najchętniej tyka się każdego g……. Zagęszczenie całego brudu i pojeban*a środowiska (no nikt tu nie jest normalny), oczywiście prowadzi do tego, że na końcu w ostatniej scenie robi się gorzej niż w Hamlecie, a nawet Hamlecie, Makbecie i Tytusie Andronikusie razem wziętych. Całość tego, co tytułowi Feeblesi sobie zgotowali, kończy się bowiem malowniczą masakrą.

Podobnie jak w rodzinie Katakurich, tak groteska nie jest celem samym w sobie. Wykorzystanie do filmu o kulisach show dla dzieci faktycznych maskotek w nim istniejących doskonale podkreśla powszechność tego, co portretuje. Może faktycznie trochę masakruje dzieciństwo, i nie będzie można na mupptetów lub ulice sezamkową patrzeć tak samo, ale doskonale pokazuje, że ci pozornie niewinni wcale mogą tacy nie być. A może zwłaszcza oni.

Untitled horror movie

Horror bez tytułu- już samo tytuł wskazuje na coś wyjątkowo, piętrowo- meta (sam tytuł to swoją drogą dobry troll, jak scrollujesz sobie cda albo inny streaming i trafiasz na coś takiego, to pierwsza myśl, że to jakaś znana nowość, tylko ktoś usunął tytuł wrzucając na stronkę, aby oszukać algorytm wyszukiwania piratów).No i tak rzeczywiście jest. Jest to horror (w sumie komedio horror), o kulisach kręcenia horroru, które w trakcie stają się tym, co kręcą. Otóż grupka aktorów, dowiaduje się, że ich serial ma być skasowany, postanawiają zrobić co na własną rękę. Padło na nakręcenie horroru, dla potrzeb którego wynajdują w googlach jakąś inkantację i rytuał, który po prostu odgrywają w jednej scenie a tymczasem………………..no nie trudno się domyślić, że okazuje się to true shit i na planie mamy ósmego pasażera Nostromo…wróć…..dodatkowego aktora-bohatera w postaci demona, który ma własny pomysł na ten film. Podwójne meta a dodatkowo ciekawa satyra na środowisko. Aktorzy jak to aktorzy, jest rywalizacja miedzy popularnymi gwiazdkami z insta, a ambitnymi wyznawcami sztuki wysokiej, scenarzysty nikt nie rozumie, a  wytwórnia jak to wytwórnia, postanawia jednak show nie kasować, gdy im popularność i oglądalność podbija pierwszy trup.

Pomysłowe jest to bardzo, w tym sposób działania demona, który karze bohaterom (a wraz z nimi widzowi i to filmu w filmie) pytać czy to na serio czy jajca, a także fakt, że jest to mockumentary robiony w stylu kamerek internetowych, co tu wybitnie ma sens i służy całości produkcji. Jest o przy tym ewidentnie rzecz kręcona przez fanów horrorów dla fanów horrorów, z czystej pasji i potrzeby dobrej zabawy (co widać na ekranie)  A na dodatek film, który bohaterowie kręcą, ma taki sam tytuł jak ten, który my oglądamy, czyli de facto- brak tytułu. No meta, na meta i meta pogania. Yo Dawg, we heard you like horror movies, so we put horror movie in your horror movie’s horror movie.

Rocky Horror Picture Show

Jeśli ktoś jeszcze nie słyszał o tym klasyku albo, któremu się on nie podobał, to nic co napiszemy nie zmieni jego zdania.  A jeśli słyszał, to musiał sprawdzić. Bo ciężko nam uwierzyć, że nie będzie chciał sprawdzić tego filmu jak ktoś usłyszał, to że musical, w którym Transylvania jest planetą transseksualistów, z której przybysze lądują na ziemi swoim statkiem -zamkiem, po to tylko, żeby ich przywódca Dr Frank’n’Further mógł tu stworzyć idealnego (w tym idealne pięknego, gładkiego i blond) faceta, i w przeciwieństwie do jego literackiego pierwowzoru, udaje mu się to, a teraz próbują wrócić do domu przy pomocy tańca, śpiewu i wolnej miłości. A jak ktoś sprawdził to na 99% powinien pokochać, a jak nie, to tego nie rozumiemy. Jest tu wszystko, cudowny kicz, seventisowe stroje i fryzury, cudowny, cudowny klimat, nawiązania do klasyk horroru z lat 1940-1970, Meat Loaf wjeżdżający na motorze, żeby wyśpiewać swoją miłość do rock’n rolla, wspaniały finał, i genialne, genialne, genialne piosenki., a przede wszystkim Tim Curry w najbardziej erotycznej roli w historii kultury, którą zagrał  tak, nikt że przez kilkadziesiąt  lat grania scenicznego pierwowzoru musicalu, na trzech największych scenach (Londyn, Paryż, Broadway), nie odważył się w tej roli obsadzić kogokolwiek innego.  Ze wszystkich filmów zasługujących na miano kultowego, ten zasługuje na nie najbardziej. Nie wiemy, czy to jest bardziej abstrakcyjne, bardziej absurdalne, czy bardziej meta. W naszej ocenie jest to po prostu to, czym mogłaby być światowa kultura, gdyby świat był lepszym, piękniejszym i weselszym miejscem. A jak ktoś- nawet jak jest hetero (a może zwłaszcza wtedy!) – twierdzi, że nie dałby się uwieść Dr Frank’n’Furtherowi w wersji Tima Curry, to powiemy wam jedno. Kłamie.

I ty możesz być mordercą

To jest normalnie Domek w głębi lasu, tylko, że ….wyłącznie dla slasherów. Pomysł wydaje się kaskaderskim, po pierwsze ze względu na to, że slasher sam w sobie jest gatunkiem sprawdzającym się najlepiej (aktualnie), gdy balansuje na granicy autoparodii (bo jest gatunkiem najbardziej uzależnionym od schematów od czasów westernów z Johnem Waynem), a po drugie, co można jeszcze zrobić w tym gatunku po „Domku w środku lasu”, który pozamiatał jak Lewandowski Realem Madryt. A ten film nie tylko się obronił, ale ma naprawdę sporo dobrych patentów. M. in. taki, że mimo, że spojluje główny pomysł już w tytule, a zaraz potem go zdradza wprost, to i tak końcówką całkiem zaskakuje, mimo, że ….dokładnie wykorzystuje schemat, którego się spodziewamy….ale ostatecznie do końca. Klasyczne „Nie! A nawet tak!” Film świetnie jednocześnie świetnie korzysta ze schematów slasherów i wyśmiewa ja,  dodatkowo przy tym składam im hołd i ujawnia uwielbienie dla nich.

Popcorn

Żadne zestawione meta horrorów nie może być kompletne bez tego rodzaju meta horroru, w którym to co oglądamy na ekranie polega na tym, że bohaterowie doświadczają horroru, który sami przyszły oglądać (lub kręcić) na ekranie. Może to np. polegać na „wchodzeniu” do akcji „horroru w horrorze” (o czym słówkiem za chwilę), ale chyba co bardziej me gusta, a wychodzeniu z ekranu „horroru w horrorze”. Takich filmów trochę było (aczkolwiek w naszej ocenie nie wystarczająco), choćby wspomniany wyżej „Horror bez tytułu” (w pewnym sensie, aczkolwiek to jeszcze troszku inne podejście do tematu), ale tutaj postanowiliśmy umieścić jeden z bardziej pomysłowych przedstawicieli tego gatunku, a manowce „Popcorn”. Akcja Popcornu opowiada o tym, jak studenci filmówki (których pierwszą dyskusją jest przewaga Akademii policyjnej 5 nad filmami Bergmana), prywatnie fani horrorów, postanawiają zorganizować maraton horrorów, dla innych fanów horrorów, a przygotowując ten maraton, znajdują zaginioną taśmę reżysera horrorów, który na pokazie swojego horroru postanowił widzom w kinie, będącym fanami horroru, zorganizować zakończenie horroru na żywo mordując bodajże swoją córkę przed ekranem. Co mu się jednak nie do końca udało, ale horror wyszedł z tego jeszcze większy, bo kino spłonęło wraz z fanami horroru i (podobno) samym twórcą horroru.
Po wielu latach, w czasie maratonu organizowanego przez naszych studentów ludzie zaczynają ginąć w sposób sugerujący, że ktoś chce dokończyć dzieło nieszczęsnego reżysera odgrywając brakującą scenę sprzed lat. Co więcej główna bohaterka zdaje się rozgryzać ten pattern już na samym początku, zanim ktokolwiek zdążył dobrze zginąć (to tak jakby odcinek Scooby doo zaczął się od Jinkis!), ale kwituje to jakże trafnym “byłby z tego dobry horror”. Jak już widać po opisie są to straszne meta-jajca panie Ferdku, wyglądające na film bardzo w stylu hardcorowj fani z duża wiedzą oraz małością do gatunku, kręcą film dla hardcorowych fanów z dużą wiedzą oraz miłością do gatunku. Czyli dla siebie. Oczywiście nie wszyscy mogą to kupić, ale na szczęście twórcy, tego nie sprzedają bo jak rapował Abradab: „To środowisko hermetyczne jest już (….)lepiej wrzuć na luz”. Ale z drugiej strony, jak może się komuś nie podobać morderstwo przy użyciu gigantycznego komara- rekwizyty z tandetnych filmów animal attack, z lat 50 i 60 typu Atomowe Mrówki terroryzują Albuquerque. Totalnie coś co moglibyśmy nakręcić, jeśli Galeria Horroru (my nie umiemy ani w kamera ani w montaż) zechce popracować dla nas za porcje sushi od Homera.

Honorowe wyróżnienia

Dziewczyny Śmierci

No skoro już było o horrorze wychodzącym z ekranu, to trzeba wspomnieć o meta zabiegu wchodzenia do filmu.  Całkiem sprawnie to wyszło w Dziewczynach Śmierci. Oczywiście bohaterowie wskakują do slashera, co udało się udźwignąć (podobnie jak w I ty możesz być mordercą), ale dodano jeszcze jeden fajny meta dowcip. Mianowice jedna z bohaterek jest córką słanej filmowej scream queen i wskakuje wraz z przyjaciółmi do najsławniejszego filmu z rolą jej matki. Mimo pewnych niedociągnięć w filmie widać i rozum (pomysł) i serce (pasje do tego gatunku)

Sklepik z horrorami/Krwiożercza roślina

 Połączenie horroru, komedii i musicalu. Już samo to sprawia, że jest to wysoki poziom absurdu i abstrakcji. Ale jest jeszcze lepiej. Bo fabuła opowiada o fajtłapowatym właścicielu kwiaciarni (w tej roli niezawodny Rick „Lord Hełmofon” Moranis), któremu udaje się wyhodować niezwykłą roślinę. Roślinę żywiącą się ludzką krwią. Mającą pełną zębów paszczękę  i usta niczym gwiazda filmów dla dorosłych No i śpiewającą piosenki  głosem jakiegoś mistrza bluesa prosto z bagien Luizjany. Cudownie absurdalny film, wspaniałe praktyczne efekty specjalnie. I te piosenki!!!!

Armia Ciemności

Może nie jest to do końca film abstrakcyjny, absurdalny czy meta, ale po pierwsze prawie żaden (pozytywny) ranking  horrorów nie powinien się obejść bez dzieła z franszyzy „Martwe  Zło”, a po drugie film ten z  pewnością przetarł ścieżkę dla typu dzieł, o którym jest to zestawienie. Bo pokazał, że można inaczej. Że horror może być zrobiony na luzie, z jajem i przymrużeniem oka. Ten film jest dla kina grozy tym, czym dla filmów akcji „Commando” lub „Desperado” (czy w ogóle filmy Rodrigueza).  Dla „niekumatych” film na poważnie, a dla tych, co wiedzą, „o co ksman” to są oczywiste „jajca Panie Ferdku”. Z samym  „Commando”  ma tyle wspólnego, że  wyśmiewa reguły gatunku, zanim jeszcze na dobre powstały, co jest dowodem niezłego wizjonerstwa. Z resztą kurde, sama scena łacińskiej inkantacji wykaszlana przez Asha jest bardziej absurdalna i meta niż 90% filmów, które powstały później. Ten film był meta zanim to było modne! A poza tym, o ile można się spierać kto jest najlepszym antagonistą horrorów, np. Freddy, Jason, Michael (jak ktoś mi tu wrzuci Valaka to zakurw*e z laczka i poprawię z kopyta), to wśród protagonistów król jest tylko jeden!

Psycho Goreman

Ten film nie znalazł się w głównym zestawieniu głównie dlatego, że trafił już on do poprzedniego (perełek, o których mało kto słyszał).  Ale w sumie pasuje do obu, Bo akurat to, co czyni go perełką, jest też absurdalne, abstrakcyjne i meta. Absurdalne, bo potwór posiadający prawie boską moc, jest tu „usadzany” przez rozwydrzone dzieciaki, abstrakcyjne, bo abstrakcyjny jest design większości postaci, żywcem wyjęty z „przerysowanych„ lat 90tych i dlatego, że o losach świata decyduje tu gra w zbijaka, a meta, bo film cudownie nawiązuje  do najbardziej kiczowatych elementów kina ostatniej dekady 20tego wieku a dotykowo dyskretnie nabija się  (między innymi) z poprawności przemysłu filmowego lat późniejszych. Krótko mówiąc absurdalne kino po bandzie!

GoroM/GoroA

 

 

 

Podobało Ci się?

1 0

Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany.Wymagane pola są oznaczone *

Możesz używać tych tagów HTML i artrybutów: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>

Utracone hasło

Podaj swój adres e-mail. Po zatwierdzeniu formularza wyślemy do Ciebie wiadomości z linkiem, który umożliwi Ci utworzenie nowego hasła.