– Czy jesteś bardzo samotny? Myślę, że jesteś bardzo samotny.
– Jestem Sen z Nieskończonych. Doskonale radzę sobie sam.
Samotność to cecha ludzka. Ja nie jestem śmiertelnikiem.
– Ale z Ciebie kłamczuch.

Długo zastanawiałem się czy recenzja Sandmana trafi na Dobry Horror, wszak nie jest to horror w ścisłym słowa znaczeniu. Daleko mu nawet do szeroko rozumianej powieści grozy. Jest to dzieło z gatunku fantastyki, jednak kto ma chociaż cień pojęcia, co pojawia się na jego kartach, wie, że część motywów, o których opowiada przedstawia taką grozę, że większość horrorów, gdyby było tworami żywymi, umarłoby z zazdrości i to w męczarniach. I w sumie zgadzam się ze stwierdzeniami, którym serię Sandman opisuje Gildia Komiksu (polecam ten sklep przy okazji!), iż “cykl Sandman to mroczna, ciążąca ku krwawemu horrorowi historia ludzkich kontaktów z Sandmanem”. Z resztą, że prędzej czy później jednak zmierzymy się z opisaniem komiksów o Morfeuszu, domyślili się pewnie wszyscy, którzy śledzą nasz fanpage (na który trafiały już wskazówki, że tak będzie) oraz blog (na który trafiła już recenzja spin-offa- “Śmierć”).

Z początku chciałem opisać serię jako całość, jak już skończę ją czytać. W gruncie rzeczy ostatecznie nadal można powiedzieć, że się tego trzymam. Jednak tom Uwertura (duetu Gaiman/Williams III plus kolor: Dave Stewart), który wpadł mi ostatnio w ręce (pozdro dla Świętego Mikołaja, Dziadka Mroza, Grincha lub Krampusa, kto tam mnie odwiedził w tą Gwiazdkę) zdecydowałem się zrecenzować  już teraz, osobno, mimo, że horroru w nim mniej niż w innych tomach. Dlaczego? Po pierwsze primo, bo jest to prequel, w zasadzie nie mający ścisłego związku z historią opowiedzianą w serii głównej, po drugie pirmo ultimo, bo jestem zachwycony i nie mogę zdusić w sobie potrzeby podzielenia się tym zachwytem. Jest to komiks wyjątkowy,  także na tle całej wyjątkowej przecież serii.

I zrobiłam im tosta ze świrzywem

Świrzywa to coś jak świnki, a także jak warzywa
Chcesz dowiedzieć się czegoś czego nie wie nikt inny?

Gwiazdy nie lubią świrzywek

Od razu trzeba ostrzec. Oprócz tego, że wyjątkowy, jest to również komiks bardzo dziwny (choć to może trochę to samo, sam nie wiem). I tu również- nawet na tle całej serii, która do normalnych nie należy. Przejawia się to zarówno w warstwie graficznej jak i, oczywiście, w treści.

Najłatwiej opisać stronę graficzną opowieści, w tym sensie, że jest to pierwsze, co rzuca się w oczy, w zasadzie już od pierwszej strony. Schiza, feria, kalejdoskop, brawura, orgia, oniryzm, czyste szaleństwo. Brakuje w słowniku ludzi zdrowych psychicznie słów dostatecznie obrazowo opisujących, co to też się w tym komiksie wyrabia w warstwie obrazu.

Zamysł plastyczny obejmuje  takie karkołomne pomysły jak część stron zilustrowanych w formie rozkładanej, w ten sposób, że co innego opowiada część rozłożona i złożona, czy też strony, dla których właściwy odbiór oznacza konieczność stopniowego obracania obrazu (czasem poprzez full 360 wokół strony).  Nie wspominając o różnorodności stylów, zmienianych stosownie do sytuacji dziejących się na stronach i dość mocno nawiązujących do różnych konwencji malarskich (nie znam się na nich specjalnie, ale parafrazując the immortal words of Fred z Chłopaki nie płaczą, “znam kogoś kto się zna” i z pewnością potwierdzi).

Odbiór tego wszystkiego wymaga szczególnego zaangażowania i uwagi poświęconych  przedstawianym obrazom. Pisząc “szczególnego zaangażowania”, mam na myśli serio “szczególnego zaangażowania”, a jestem dopiero co po lekturze Elektra: Assasin (siedzący w komiksie trochę, mogą tym łatwiej zrozumieć, co mam na myśli). O dziwo, konieczność szczególnej uwagi nie męczy i nie odrzuca, ale koncertuje percepcję w sposób pozwalający tym bardziej wsiąknąć w historię. Wynika to pewnie, po pierwsze, z tego, że wszystkie efekty mają uzasadnienie, żaden nie jest nadużywany, a raczej stanowią wciągającą żonglerkę, podporządkowaną właśnie kalejdoskopowi wydarzeń prowadzących przez liczne światy, w tym te najbardziej fantastyczne (w końcu to opowieść o Władcy Snów). Po drugie zaś, to zasługa tego, że….

…..jednocześnie, i piszę to z pełną odpowiedzialnością, jest to jeden z najpiękniej z ilustrowanych komiksów jakie kiedykolwiek widziałem, a uwierzcie mi, widziałem już sporo (sprawdzić czy nie Blueberry, ale to trochę jakby inna kategoria).  Każda strona to osobne dzieło o walorze całkowicie malarskim. To po prostu trzeba zobaczyć, najlepiej na spokojnie, dokładnie studiując każdą kartkę. Jeśli Brian Boland malował Zabójczy Żart dwa lata to Uwertura powinna analogicznie być tworzona ze 20 (na okładce z resztą piszą, że historia rodziła się właśnie przez tyle, może więcej rozjaśnią wywiady z twórcami załączone do polskiego wydania, których lektura jeszcze przede mną).

Strona graficzna jest zatem w pełnym znaczeniu tego słowa zachwycająca, ale czymże byłaby bez ciekawej historii?

Los jest związany z istnieniem,
śmierć zaś ogranicza to co przyjmie, a czego nie,

bo naturą Snów i TYLKO Snów

jest określanie rzeczywistości

Ta zaś, w Sandman: Uwertura, jest z jednej strony szalenie pokręcona, z drugiej zaś bogata w wątki i motywy (z wierzeń, filozofii i czego tam jeszcze) i dotyka spraw hmmmm nietuzinkowych. Do tego Neil Gaiman już nas z resztą przyzwyczaił. Nie będę się snobował na twierdzenia, że rozgryzłem, albo chociaż dostrzegłem całą symbolikę czy nawiązania (z pewnością) zamieszczone w tym komiksie. To nie jest jednak konieczne dla cieszenia się naprawdę wciągająca historią.
A historia  ma rozmach, opowiada bowiem z grubsza o tym, że Morfeusz będzie musiał stawić czoła swojemu błędowi z praczasów, a od tego, co zrobi lub nie zrobi, zależeć będą losy wszechświatów.  W swojej wędrówce będzie musiał spotkać się z pozostałymi Nieskończonymi, z samym sobą w kilku tysiącach wersji, a nawet ze swoim Ojcem i….Matką.

Cała ta opowieść jest o tyle ciekawa, że o ile seria główna opowiada o kontaktach z Sandmana z ludźmi w Uwerturze pokazano relację sił równych, a nawet wyższych od niego. Poznajemy zatem, bardziej niż w jakimkolwiek innym komiksie o Władcy Snów (z tych, które czytałem) pewną prawdę o relacjach w rodzinie Nieskończonych. Postawi nas to przed tak ciekawymi pytaniami jak to czy Sen jest bardzo podobny do Pożądania, czy jest jego przeciwieństwem, pozwoli nam chociaż częściowo zrozumieć z kim z Nieskończonych Sen rozumie się najlepiej, a kogo darzy niechęcią i dlaczego, ukaże nam sytuacje tak nietypowe jak ta, w której Los trafia na coś co…nie jest zapisane w jego księdze.

Wreszcie, bardziej niż w innych komiksach serii, Gaiman uchyla nam rąbka tajemnicy na temat istoty Śnienia, ale i również po trosze pozostałych Nieskończonych. Możemy np. podziwiać “w akcji” Malignę, najdziwniejszą z nich.

I znów posłużę się cytatem z mądrzejszych od siebie: :”Gaiman nigdy nie pisał celniej” (Christian Science Monitor) Tak chyba rzeczywiście jest. Pisałem już o tym przy okazji recenzji albumu “Śmierć”- Gaiman ma niezwykły talent przekazywania jakieś takiej istotniejszej (choćby na gruncie wymyślonych fantastycznych światów) prawdy o sprawach głębszych i nieuchwytnych, w kilku prostych słowach. Łatwo w takich sytuacjach popaść w banał, albo pretensjonalny bełkot, ale Neil nie tylko (znów!) tego unika, ale wręcz przeciwnie- w refleksjach tych jest właśnie bardzo celny, mimo, że dotyczą one tematów niezwyczajnych. W “Śmierci” całe bogactwo Gaimanowskiej refleksji było w jakiś sposób sugerowane, ale w Sandman: Uwertura po prostu tkwi w każdym słowie tekstu.

A refleksje to niebywałe, oprócz splatających się ze sobą ról, historii i sensu istnienia poszczególnych Nieskończonych, snują się one na przykład wokół  tego czy Morfeusz ma prawo odbierać życie czy też wokół znaczenia jakie dla ratowania istnień ze wszystkich światów ma Nadzieja. Ta ostatnia jest przedstawiona jako zagubiona, nie pamiętająca swojego imienia dziewczynka, której zamordowano rodziców.

Ot i cały Gaiman-  niesamowity kunszt bezgranicznej wyobraźni, które o sprawach nietuzinkowych, fantastycznych i opartych na refleksji całkiem niecodziennej, opowiada w sposób jednocześnie i celny i,  mimo wykorzystania całej palety różnorodnej symboliki, względnie prosty.  Na pewno w sposób, w którym wyobraźnia autora bardzo mocno pobudza wyobraźnię (i refleksję) odbiorcy. A to wszystko dostało jeszcze nieporównywalną prawie z niczym oprawę.

Pozostaje zaprosić do tego świata. Na pewno nie pożałujecie.

P.S. ten album kolejny raz pokazuje jak komiksowemu światu Sandmana/Lucyfera zawdzięcza choćby taki Supernatural (ale i nie tylko)

-To część Zaświatów twojego ludu, dostępna dla tych, którzy umarli przed osiągnięciem dojrzałości

-Zatem jak Ty się tu dostałeś?
-Próbowałaś kiedyś nie wpuścić kota tam gdzie chciał wejść?