Dzisiejsza recenzja będzie dość szczególna. Będzie szczególna po pierwsze, z tego względu, że będzie dotyczyć filmu krótkometrażowego, z którym to gatunkiem nie mam dużego doświadczenia, więc z początku wydawało mi się, że nie będę w stanie napisać kompetentnej, sensownej jego oceny. A po drugie, będzie szczególna, z tego względu,  że po seansie okazało się, że jednak bardzo się myliłem i nie tylko doskonale wiem, co napisać o obejrzanym dziele, ale też bardzo wzbudził on we mnie potrzebę nadrobienia braków w horrorach krótkometrażowych, bo -jak się okazuje- mogą to być rzeczy bardzo ciekawe!

O jakim filmie piszę? “Lion” według scenariusza i reżyserii Davide’a Melini.

Wieści o tej produkcji docierały do mnie różnymi kanałami i z różnych źródeł, a głównie obejmowały one informacje o kolejnych zgarnianych na różnych festiwalach nagrodach (obecnie ma już ich na koncie 69 na festiwalach na całym świecie). Zatem kiedy otrzymałem możliwość obejrzenia “Lion” przedpremierowo, nie wahałem się długo. Pomyślałem sobie: ok, jeśli mam zacząć swoją przygodę z horrorem krótkometrażowym to “Lion” wydaje się bardzo dobrym wyborem na taki start.

I tak się okazało- bo jak napisałem na wstępie, bardzo zachęcił mnie do sprawdzenia kolejnych obrazów z tego gatunku. Niestety rozpoczęcie przygody z tym gatunkiem od “Lion” może niedobrze wróżyć kolejnym seansom albowiem wysoko zawiesił on poprzeczkę.

“Lion”  przede wszystkim doskonale wykorzystuje to, o co chodzi w filmach krótkometrażowych, a jednocześnie doskonale radzi sobie z trudnościami jakie wynikają ze wskazanego formatu.

Przede wszystkim, i to jest dość niebywałe, w niecałych 12 minutach, udało się w tym filmie zmieścić wszystko, co potrzebne do opowiedzenia historii, zaciekawienia widza, zbudowania klimatu oraz wywołania emocji.
Mamy tu przede wszystkim dość ciekawy pomysł (nie zdradzę jaki, niech to będzie niespodzianka!) oraz konkretną historię z przesłaniem. Film opowiada o dramatycznym zjawisku przemocy w rodzinie. Poznajemy zatem agresywnego ojca, dotknięte przemocą dziecko i bierną wystraszoną matkę. Zaletą filmu są też właśnie postacie, których sytuacja, rola i charaktery są od razu jasno określone, bez zbędnego rozwlekania sprawy (co byłoby wadą w filmach krótkometrażowych). Sposób przedstawienia postaci od razu pozwala widzowi wczuć się w sytuacje pokazywaną w filmie. Obsada spisuje się dobrze, zaś rola dziecięca jest rewelacyjna (brawa!).

I wreszcie mamy kilka scen, które są skonstruowane w taki sposób, że mimo, że jest niewiele czasu na to, udaje się i zbudować klimat i wywołać w odpowiednich miejscach odpowiednią grozę.
Duża w tym zasługa reżyserii, która pozwala w kilku precyzyjnie skonstruowanych sekwencjach, pokazać dokładnie to co trzeba-ani mniej ani więcej. Przede wszystkim bardzo udanym pomysłem było to, co najbardziej lubię w kinie grozy, czyli nie pokazywanie wszystkiego wprost a pozwolenie na działanie wyobraźni widza. Davide Melini doskonale balansuje między dynamiką, a narastającym napięciem wynikającym z wyczekiwania, na to co się zaraz może wydarzyć.

Jednocześnie powyższa zaleta jest doskonale uwypuklona przy pomocy dobrego wykonania technicznego filmu. Efekty specjalne nie są nadużywane, a tam gdzie są- są wykonane nad wyraz dobrze oraz ekspresywnie. Warstwa dźwiękowa jest więcej niż dobra.

Podsumowjąc- to są właśnie przykłady idealnego wykorzystania zalet filmu krótometrażowego. Bez zbędnych scen, bez wątpliwych pomysłów- tylko to, co potrzebne do pokazania by powiedzieć to co się ma do powiedzenia, pokazania tego, co ma się do pokazania i wzbudzenia w widzu tego, co chce się w nim wywoływać.
I to jest też druga zaleta “Lion”. Jak ominąć trudności krótkometrażu, czyli jak zmieścić w 12 minutach fabułę, przesłanie, klimat i napięcie? Tak jak w “Lion”

Trudno o lepiej spędzone 12 minut.