FilmyRecenzje

Wiklinowy koszyk

Ostatnio miałem kilka leniwych weekendów, co skutkowało ochoczym korzystanie z opcji tzw. serii na weekend. Jak wiadomo horrorowa filmografia ma w swoim dorobku wiele serii, niekiedy tasiemcowych, czy wręcz franczyz obracających się np. wokół jednej postaci. Zapoznanie się z taką serią za jednym posiedzeniem bywa ciekawym doświadczeniem. Opisywałem już tu serię „Dyniogłowy”, a tym razem padło na serię bardzo specyficzną, tj. „Wiklinowy koszyk”.

Seria ta jest specyficzna na bardzo wielu poziomach, przede wszystkim jednak dlatego, że jednej strony doczekała się statusu kultowej, z drugiej- odeszła trochę w zapomnienie i pozostała nieco niedoceniona. Oba te- pozornie przeciwstawne- aspekty po seansie 3 części Wiklinowego koszyka są zrozumiałe. Całość oczywiście świetnie się nadaje na status „dzieła kultowego”, jednakże z dopiskiem (coś jak demokracja ludowa albo sprawiedliwość społeczna) „w pewnych kręgach”. W zasadzie można to podsumować bardziej dosadnym sformułowaniem, ale jak wiadomo tzw. zajebiste pointy zachowuje się na koniec.

Zacznijmy od początku. Uwaga, będą spoilery.

Sens historii i  klimat serii definiuje część pierwsza, według mnie będąca częścią najlepszą.

Wydawało mi się, że po tym filmie można się będzie spodziewać mocnej beki, że będzie to taka typowa horrorowa-komedia i to z gatunku tych głupawych. No bo, czego można się spodziewać po filmie (tyle, co o nim wówczas słyszałem) o facecie, który łazi z wiklinowym koszyki, w którym nosi coś,  co co jakiś czas mu zwiewa i morduje kogo popadnie?

Okazało się jednak, że jest to……no w sumie trudno powiedzieć, w pewnym sensie komedia horror – w pierwszej części- ale nie głupawa, oj nie. Na pewno pokręcona i smoliście czarna. Druga część to psychodela, jak nie wiem, trzecia to już odlot całkowity, ale o tym zaraz. Całość serii jest jedną z najbardziej oryginalnych rzeczy jakie nakręcono w gatunku, więc już tylko z tego powodu warto Wiklinowy koszyk.

Oryginalna jest już sama fabuła, której dużym plusem jest początkowa tajemnica- tj. tytułowy koszyk- która do momentu jej odkrycia buduje klimatyczną atmosferę., zatem jak ktoś chce w pełni się tym cieszyć niech tu przestanie czytać.

Pierwsza część Wiklinowego koszyk rozpoczyna się, gdy główny bohater- Duane Bradley – wprowadza się do obskurnego hotelu w Nowym Jorku. Duane już od samego początku sprawa wrażenie dziwaka i odludka. Wszędzie porusza się z tytułowym wiklinowym koszykiem, z którego wydobywają się dziwne odgłosy i z którym się porozumiewa. Najwyraźniej w ten sposób, że mówi do niego normalnie, odpowiedzi zaś odbiera telepatycznie.

Jak  się okazuje……w koszyku znajduje się Belial- zdeformowany brat sjamski Duane’a. W młodości połączeni, zostali rozdzieleni pod przymusem rozdzieleni przez zespół lekarzy. Decyzję o tym- wbrew braciom- podjęli rodzice, którzy chcieli mieć normalnego syna i ponieważ oczywiście starczyłby im jeden i miał być nim Duane, liczyli (o czym z resztą zapewniali lekarze) na to, że Belial nie przeżyje operacji. Ten oczywiście zrobił im psikus i przeżył, po odcięciu pozostał wciąż bardzo (o ile nawet nie bardziej) związany z bratem, a teraz szuka zemsty na lekarzach.

Jak na czarną komedię to Wiklinowy koszyk porusza dość ciężkie tematy, zwłaszcza druga część (o tym zaraz). Cała seria poświęca bardzo dużo uwagi specyfinczej relacji między braćmi. Należy tu bowiem wspomnieć, że oprócz zemsty na lekarzach, równolegle toczy się taki aspekt fabuły, w którym Duane wreszcie poznaje dziewczynę, z którą pragnie się związać, co Belial, dotąd będący na pierwszym miejscu przyjmuje bardzo źle. Aspekty nienormalnej sytuacji między braćmi, nienormalnej relacji między rodzicami i cała mocno pokręcona psychologia historii (na miarę gatunku) jest ciekawa.

Ale oprócz tego to także, a może przede wszystkim, film z gatunku ultra-hiper-mega- niskobudżetowego gore. Skoro wspominamy niskobudżetowość Wiklinowego koszyka to niesie to za sobą wszystkie tego uroki i wady. Sam Belial jest tak gumowy jak tylko można. Sceny śmierci z jednej strony wyglądają dość śmiesznie (okropnie widoczna sztuczna krew itd.), z drugiej strony z konieczności nadrabiają pomysłowością. Mnie tak naprawdę, bardzo przypadło to do gustu, bo wyraźnie to wygląda na „byłem campowy zanim to było modne!”. Szczerze mówiąc pomysły na mordowanie lekarzy i nie pokazanie scen gore bardzo przypadły mi do gustu choć rozumiem, że ze względu na wykonanie techniczne nie wszystkim mogą się podobać. Mnie się cała ta techniczna niskobudżetowa strona podobała też z tego powodu, że właśnie dlatego, że wygląda na mocno zamierzoną (pisałem tu kiedyś o casusie Comando), albo przynajmniej mocno świadomą swoich uroków.  Prawidłowość tego wniosku może potwierdzać baaaaaaaardzo mocno nadekspresywne i przerysowane aktorstwo.

To wszystko składa się na całość, która jest doskonałym przykładem idealnego 100% klimatu niskobudżetowych horrorów z lat 80’ perfekcyjne realizujących taki postulat „ dla (psychofanów) przez „(psycho) fanów” I to utalentowanych (psycho) fanów. Jak wiadomo ten klimat to samo piękno i dobro, wyjątkowy na tle kina grozy, a Wiklinowy koszyk nawet na tle tego- już samego w sobie oryginalnego- klimatu, wypada nad wyraz oryginalnie. Jestem w stanie postawić dolary przeciwko orzechom (czy jak tam się to mówi), że większość z was nigdy takie czegoś nie widziała, nawet jak jesteście koneserami niskobudżetowych horrorów z lat 80. Sam klimat by wystarczył żeby cieszyć się tym filmem, ale jako się rzekło jest też tu całkiem ciekawa historia.

Co do drugiej części trzeba przede wszystkim powiedzieć jedno- unika ona błędów serii horrowych (której dopuścił się np. Dyniogłowy) czyli kręcenia  w sumie drugi raz tego samego. Dwójka jest bezpośrednią kontynuacją jedynki, ale postawiła zupełnie na coś innego. Skoro już wiadomo, co się kryje w koszyku nie było coś iść w tajemnicę.  W drugiej części Wiklinowego koszyka bracia trafiają „pod skrzydła” kolekcjonera i wielbiciela różnego rodzaju dziwaków i wybraków natury. Belial i Duane zaczynają życie w domu wraz z całą grupą osób zdeformowanych osób, wśród których Belial znajduje partnerkę….Oprócz dalszego przedstawiania coraz bardziej dziwacznej relacji braci, Wiklinowy koszyk porusza temat relacji odmieńców ze społeczeństwem i stawia takie pytania jak „co to jest normalność”. Robi to oczywiście w krwawy, pokręcony sposób, a przede wszystkim w sposób najbardziej psychodeliczny jaki dane mi było oglądać. Co tu się porobiło to ja nawet nie……Trudno powiedzieć czy w związku z tym jest lepszy czy gorszy od jedynki, na pewno jest o wiele dziwniejszy. Już jedynka była na tyle specyficzna, że można jej było śmiało wróżyć uwielbienie w sumie jedynie u dość wąskiej grupy odbiorców, ale dwójka….Nadal oczywiście jest to film ciekawy o bardzo (jeszcze bardziej) specyficznym klimacie, a końcówka….no w sumie powinniście to zobaczyć.  No dobra, jak już ostrzegłem przed spolierami to napiszę- na koniec Duane dochodzi do wniosku, że musi naprawić relacje z bratem a najlepszym sposobem jest przyszycie Beliala na swoje miejsce chałupniczą metodą. W ogóle jest tu sporo scen, które w ogóle się dziwię, że zostały puszczone na jakikolwiek ekran

I o ile o dwójce można w sumie powiedzieć, że jeszcze trzyma się poręczy, choć  jest to poręcz zaprojektowana przez kogoś w rodzaju skrzyżowania Gaudiego, Libeskinda i drugiego Goro (tego od uroczych rysunków na naszym fanpage’u) to trójka nie tylko puszcza się wszystkich możliwych poręczy, ale w ogóle zrobiła tour dookoła globu i skasowała wszystkie istniejące poręcze, żeby przypadkiem nie było się czego złapać. Niestety  tej części to kompletnie nie zrozumiałem, gdzieś po środku ludzie rodzą potwory po ciąży trwającej kilka lat, partnerka Beliala rodzi chyba 12 raczki (nie doliczyłem się), odmieńcy imprezują, a na koniec  Belial robi krwawą jatkę miejscowej policji (która postanowiła skasować mu rodzinkę), zasiadając za sterami chałupniczego mecha-robota. Rozumiem potrzebę zrobienia znowu czegoś innego, ale trzecia część popada już- niestety chyba niezamierzenie- w autoparodię.

Odcinając się zatem od całej zbędnej trójki, albo w sumie odnosząc się głównie do jedynki, można powiedzieć, że Wiklinowy koszyk, co najmniej ze względu na oryginalność, powinno się obejrzeć. Dla każdego to spokojnie 6/10, a dla wielbicieli specyficznego klimatu to nawet 8/10.  W swoim gatunku to w sumie perełka. Z pewnością jest to jedna z najbardziej oryginalnych produkcji, nawet na tle tego specyficznego odłamu jakim jest niskobudżetowe kino grozy lat 80. I tu będzie zapowiedziana pointa, która tłumaczy dlaczego Wiklinowy koszyk jest jednocześnie kultowy, a z drugiej nieco zapomniany. Jest to naprawdę udane kino grozy. Z tym, że dla koneserów, i to nie takich zwykłych. Dla koneserów w chuj.

Comment here