Nie jest tajemnicą, że wysoko cenię sobie kino azjatyckie. Lubię też komedio horrory. No i uwielbiam filmy bawiące się konwencją, dekonstruujące a nawet wyśmiewające gatunkowe reguły. W przypadku „Stowarzyszenia umarłych gwiazdorów” planety ułożyły się we właściwym porządku albowiem ten tajwański obraz oferuje wszystkie trzy rzeczy. Czy wiedząc to mogłem mieć wysokie wymagania? Mogłem. Czy „Dead talents society” je spełnił? Z nawiązką!
Pomysł na historię w wielkim uproszczeniu (na granicy przekłamania) można nazwać „Sokiem z żuka” po azjatycku. Główna bohaterka jest duchem, gdyż umarła młodo w nieszczęśliwym wypadku. Teraz błąka się po osiedlu, na którym się wychowała z równie tragicznie zmarłą koleżanką. Jej rodzice wspominają ją czasem, w czym pomaga im dyplom, który córka zdobyła w jakieś niewiele znaczącej konkurencji w szkole podstawowej. Kiedy jednak ów dyplom ginie w trakcie sprzątania, rodzice zaczynają coraz rzadziej myśleć o tragicznie zmarłej latorośli. A przez to ona zaczyna znikać. Ma miesiąc by zostać zapamiętana. W tym celu zgłasza się do agencji duchów, która specjalizuje się w tworzeniu „legend miejskich”, dzięki którym dusze będące tych legend przyczyną często są wspominane i mogą dalej żyć na ziemi jako duchy.
Na pierwszy rzut oka, „Stowarzyszenie umarłych gwiazdorów” ma nie tylko wiele wspólnego z „Sokiem z żuka”, ale także z animacją „Coco”. Ale to tylko pozory, albowiem „Dead talents society” jest tworem stojącym fabularnie, scenariuszowo i generalnie w każdym innym filmowym aspekcie całkowicie na własnych nogach.
„Stowarzyszenie umarłych gwiazdorów” na pierwszym poziomie „odbioru” jest zgryźliwą i celną satyrą. Na co? Na wiele rzeczy. Na influencerów i trendy internetowe, na szowbiznes i programy telewizyjne, na korporacje, na celebrytów. Zaświaty w opisywanym dziele to miejsce, gdzie wszystko kręci się wokół celebryckiego życia pozagrobowego a duch, który jest bardziej znany wśród żyjących i bardziej potrafi ich przestraszyć, staje się gwiazdą. To też miejsce, w którym dla młodego narybku organizowane są swoiste „talent show” a „młode wilki” fałszywie uśmiechają się do wielkich acz lekko przebrzmiałych gwiazd grozy zapewniając o swoim uwielbieniu jednocześnie kopiąc pod owymi gwiazdami dołki i dyskretnie wbijając im szpile za szpilą. Zupełnie jak w celebryckim świecie żywych.
„Dead talents society” naśmiewa się także w bardzo inteligentny sposób z kina grozy w ogólności. Konia z rzędem temu, kto wyłapie wszystkie nawiązania do klasyków kina azjatyckiego. Ja wyłapałem ich sporo, ale jestem pewien, że nie wszystkie. Dowcip goni tu dowcip a prawie wszystkie są doskonałe, przemyślane i… nienachlane. Nieoszczędzane są przy tym nawet najbardziej kultowe dzieła. Dla takiego grozowego nerda wszystkie te „horrorowe” smaczki to istna uczta i rozkosz.
Ale to tylko wierzchołek góry lodowej, albowiem „Stowarzyszenie umarłych gwiazdorów” przy całym swym żartobliwym tonie jest też filmem miejscami bardzo smutnym. Ale też pięknym, mądrym i dającym nadzieję. Z absolutnie fenomenalnym zakończeniem, w swojej wymowie będącym pochwałą przeciętności. Mówiącym nam, że sława i uznanie to zwykłe „fugazi”, a pogoń za wyjątkowością, sukcesem i poklaskiem może doprowadzić do zatracenia i tragedii, i że tym co się liczy w życiu (i pozażyciu) jest obecność bratnich i siostrzanych dusz. Wszystkie te spaniałe treści ukazane są poprzez perypetię zachwycającej plejady postaci, z których nawet te drugo i trzecio planowe budzą sympatię i miewają własną wartą opowiedzenia historię (np. absolutnie chwytająca za serce, a jednocześnie bawiąca do łez postać szefa agencji reklamowej). Że wszyscy aktorzy grają fenomenalnie, wspominać nie musze. Wszak to kino azjatyckie.
Na początku recenzji pisałem, że „Stowarzyszenie umarłych gwiazdorów” to „Sok z żuka” po azjatycku, i mimo, to porównanie jest sporym uproszczeniem i niedopowiedzeniem, to ma pewien sens. Jest on mianowicie taki, jak w przypadku potraw z kurczaka. Wiadomo, że potrawa z kurczaka, może być albo smaczna albo nie, ale jak dodasz do niej epitet „po azjatycku”, to wiadomo, że będzie to arcydzieło. I to pomimo, że nie będzie to nic skomplikowanego- proste, składniki, ale przyrządzone z miłością, wyczuciem i recepturą, którą w sposób magiczny opanowują tylko najwięksi artyści w swoim fachu, oferując nam głębię smaku i doznania, które zachwycają i do których chce się wracać nie raz i nie dwa. A nawet nie dziesięć. Tak właśnie jest z „Dead talents society”. Jak dla mnie ten film to arcydzieło. Niby nic wielkiego, smakuje wybornie. Doskonale. Bezbłędnie. Trzymając się metafor kulinarnych- niebo w gębie. Danie, do którego chce się wracać.
ocena: 10/10
autor recenzji: GoroM

