Jaki czas nie było u nas recenzji serialu, za to dzisiaj z dość tzw. „grubej rury” bo będzie antologia „Mistrzowie horroru”- serial dość głośny (swego czasu), dość nagradzany (nagroda Emmy) oraz obfitujący- jak tytuł zobowiązuje- w mocne nazwiska, choćby Takeshi Mike, John Carpenter, Tobe Hooper (za kamerą), czy Robert Englund (przed kamerą).

Czy Mistrzowie Horroru oferują nam to, co  mistrzowie powinni nam zapewnić?

Od razu trzeba powiedzieć, że trudno jednoznacznie ocenić antologię, w której- co oczywiste- każdy odcinek stanowi odrębną historię. Mamy tu zatem prawdziwe perełki oraz -choć to pewnie kwestia gustu- raczej też mocne niewypały. Są też typowe „zapychacze”, które ani ziębią, ani grzeją.

To jednak jest też…w sumie główną zaletą serii. Daje nam bowiem to czego należy i powinno się spodziewać po antologii- różnorodność. W Mistrzach Horroru, każdy znajdzie  coś dla siebie.

Czego my tu nie mamy: klimaty lovecraftowskie (Koszmar w domu wiedźmy), komedio-horrory (Kobieta Jeleń), zombie-movies ( Powrót do domu), slashero-survivale (Incydent na górskiej trasie), czy wzorowe „asiany” czyli duchy, legendy i masakryczne tortury (Piętno).

Co więcej długość odcinków- po około godzinę każdy- tworzy dość ciekawą formułę, w której jest na tyle dużo czasu żeby opowiedzieć określoną historię, ale na tyle mało, że wymaga to konieczności określonej zwartej pracy nad pomysłem, w którym wszystko musi być na swoim miejscu. Bez zbędnych scen.. Wydaje mi się, że jest to format dość wymagający, w którym twórca musi od razu wiedzieć do czego zmierza. No, ale mamy tu w końcu Mistrzów Horroru, nie? Ten stopień kondensacji skutkuje tym, że, nawet jeśli niektóre odcinki są średnio udane, to raczej na żadnym nie można się nudzić, żadnego nie wyłączyłem w połowie, nie czułem potrzeby zajęcia się czymś innym, zanim ukażą się napisy końcowe.

Jednocześnie wymusza to właśnie skupienie się na pomyśle i historii. W konsekwencji, choć to może tylko moja obserwacja, praktycznie każdy odcinek ma „jakiś pomysł” a jednocześnie- skoro ma to być antologia pewnej „klasyki” horroru, oddaje hołd danemu gatunkowi. Wygląda to mniej więcej tak, że dostajemy np. klasyczny survival, do którego dodano jednak prosty acz bardzo ciekawy pomysł, który przydaje całości pewnej świeżości i przewrotności. Dotyczy to większości odcinków. Mamy więc efekt oglądania „znanego i lubianego schematu”, z dodatkową przyprawą o smaku zaskoczenia „o to jest dobre”. Większość odcinków ma naprawdę gęsty klimat (z wyłączeniem komediowych- wiadomo).

I mimo, że na początku napisałem, że są niewypały i zapychacze, to raczej jest to ocena na zasadzie, że bez danego odcinka seria mogłaby się obejść, a i to, raczej na zasadzie „kwestia gustu”, bowiem jak napisałem- pomysły tu są, po prostu nie wszystkie w moim guście. Ale na pewno kto inny będzie poszczególne odcinki oceniał inaczej. Raczej wszystkie trzymają poziom.

I mamy tu wreszcie kilka naprawdę niesamowitych perełek. Mam przede wszystkim na myśli: Cigarette Burns i Imprint- to typowe 10/10. Nie zdarza mi się to praktycznie, co  do seriali wcale, a tu po prostu, co jakiś czas wracam do tych historii. Definitywnie a must see. Niektóre są naprawdę bardzo dobre lub dobre (Jasnowłose dziecko, Koszmar w domu wiedźmy) albo minimum naprawdę solidne (Incydent na górskiej trasie). W zasadzie żaden mnie odrzucił. Są też pomysły mocno odjechane (Jennifer, Powrót do domu, Kobieta jeleń).

Podsumowując- nie uznałbym Mistrzów Horroru za najlepszy serial świata, ale jest to seria co najmniej solidna, bardzo rozrywkowa, a przez swoją formułę idealnie nadająca się na „przerywnik”, bardzo przyjemny z resztą. Z kilkoma odcinkami, które fan horroru po prostu musi zobaczyć (no chociaż dwa wspomniane, czyli Cigarette Burns Imprint).