Jakiś czas temu wspomnieliśmy, że jako samozwańczy znawcy horrorów chcemy być obcykani jak najbardziej w temacie. A o to oznacza nadrobienie braków. No i w ramach owego nadrabiania mięliśmy zapoznać się z częściami Hellraisera, które pominęliśmy, przypomnieć sobie te klasyczne, których jeszcze nie znamy na pamięć i zrecenzować je wszystkie. Jedyneczkę i czwóreczkę już opisaliśmy, więc dla odmiany przyszedł czas na jedną z odsłon ocenianych przeważnie jako żenujące nieporozumienie. Czy przychylamy się do tej opinii?

Najpierw jednak trochę o fabule- mamy oto grupę nastolatków, fanów tajemniczej gry internetowej Hellworld. Jeden z nich ginie w tajemniczych okolicznościach, pozostali dostają zaproszenie na dziką imprezę fanów owej gry i organizowaną przez samego jej twórcę. Oczywiście coś za tym wszystkim się kryje, na imprezie pojawia się wiadomo kto i robi nastolatkom wiadomo co. Brzmi to trochę jak fabuła sztampowego, amerykańskiego slashera? Tak. I niestety fabuła jest prowadzona takiej konwencji, co zabija całą magię marki Hellraiser. Młodzi rozłażą się po chacie, imprezują, pokazują cycki a potem  giną jeden po drugim. Nie ma tu nic z barkerowskiej psychodelii i jedynego w swoim rodzaju klimatu, i ma się wrażenie, że cenobici są wprowadzeni do fabuły tylko po to, by wykorzystać markę, nie są istotą fabuły. Nawet (o zgrozo!) mordują w typowo slasherowy sposób.

Wydawało by się, więc, że film jest tragedią nie zasługującą na to, żeby poświęcić czas na jej oglądanie, oraz na to, żeby pisać o niej recenzję. Nie jest tak do końca, film ma kilka plusów. Pierwszym z nich jest (surprsie, surprise) Dough Bradley jako Pinhead i w ogóle cenobici. I to pomimo faktu, że scenarzysta kazał im latać z tasakami, zarzynając de facto barkerowską ideę tych demonów/aniołów (“angels to some, demons to others”). Cenobitów jest sporo a sceny z ich udziałem są klimatyczne i mroczne. Cieszą oko. No a Pan Bradley jest niedościgniony jak zawsze. Wprowadza sporo hellraiserowej atmosfery do zupełnie nie przystającej do tej marki akcji. Klimatyczna jest w sumie też fabuła. O ile sama akcja trąci tanim slasherem, o tyle historia kryjąca się za nią  jest zagadkowa, ponura, klimatyczna właśnie i nawet jeśli nie jest “hellraiserowa”, to ma swój mroczny urok. Na dodatek zwieńczona jest przez ciekawe i zaskakujące zaskoczenie. Szkoda tylko, że przez większość seansu ginie ona za głupawymi slasherowymi schematami.

Podsumowując, trzeba jednoznacznie stwierdzić, że Hellraiser VIII Hellworld.com masakruje markę Hellraiser. Cenobici, choć zaliczają klimatyczny występ, są w gruncie rzeczy zbędni, a nawet psują coś, co bez nich mogłoby być slasherem, z naprawdę niezłą, mroczną fabuła i pomysłowym, mocno zaskakującym pozytywnie zakończeniem. Przez to właśnie, że to Hellraiser, film rozczarowuje, choć ma fajne momenty. Ujmując obrazowo- Hellworld dla fanów serii jest tym czym dla ludzi, którzy mając ochotę na pizzę, dostają czipsy o smaku pizzy. W teorii dostają smak, na który mają ochotę, ale czują, że jest on sztucznie wyprodukowany i tak naprawdę nie wcinają psychodelicznej barkerowskiej pizzy a slasherowego czipsa. I nawet cenobitowo klimatyczny posmak nie jest w stanie ukryć tego wrażenia. Ale część z nich i tak doje te czipsy do końca, bo to przyjemny dla podniebienia fastfood.

https://horroryonline.pl/film/1853-hellraiser-hellworldcom