O, żesz, kurła. Dzięki dystrybutorowi Velevet Spoon obejrzeliśmy w kinie „Teenage Sex and Death at Camp Miasma”, „czyli po polsku Miłość, śmierć i dojrzewanie w Camp Miasma”. I ja wiem, że często piszemy, że coś jest NADKINO, ale żaden film tak nie pasuje do tego określenia jak ten!
I jest tak nie tylko dlatego, iż jest on tak dobry, ale także przez jego wielowarstwowość, albo rzekłbym bardziej głębokowartswowość. A co najśmieszniejsze, ta wielowarstwowość, albo rzekłbym bardziej głębokowartswowość jest w tym filmie tylko czymś, co… służy tylko do czegoś… nawet sam nie wiem jak to opisać.
Szalona konstrukcja i mnogość wyciągniętych na pierwszy plan motywów jest tu bowiem czymś na kształt zasłony dymnej zrobionej z maszyny do dymu, armaty z konfetti i kuli disco odbijającej światło z kolofonów, które sprawiają, że możesz oszaleć zanurzając i zatracając w tej ferii mrugających barw, zapachów i innych doznań sensorycznych, ale na koniec dnia i tak zrozumiesz, że najważniejsza jest ta para w środku tańcząca przytulańca do „More than words Extreme”.
Dzięki takiemu podejściu, które zaraz spróbuję wyjaśnić, jest to film, który jest bardzo wdzięcznym materiałem do tego, żeby go nie zrozumieć. Jedna moja znajoma fanka oglądania horrorów, ale bez tego zacięcia bycia koneserką, spytała czy oglądałem ostatnio coś co bym polecił. Poleciłem oczywiście Miasmę.
Na co zareagowała: o matko, co za tytuł, nie idę na to bo się boję o czym to jest!
A ja na to: Idź koniecznie. Jest tam pełno wszystkiego co w tytule. Ale film jest nie o tym.
Wiecie co jest zabawne? Że dopiero angielski tytuł uzupełniony o polskie tłumaczenie moim zdaniem zawiera wszystko, co powinno się w nim znaleźć. Wszyscy zgadzają się co do śmierci. Polakom jednak umknął seks nastolatków, za to amerykanom miłość, a zwłaszcza dojrzewanie. Dość znamienne. A w filmie jest to wszystko.
Historia zaczyna się rewelacyjnym wstępem (intro na poziomie Watchmen, czy X Men: Origins: Wolveirne), które przedstawia historię serii (i marki) o tytułowym Obozie Miasma Seria ta opowiada o zabójcy znanym jako Little Death (Mała Śmierć)- począwszy od pierwszego świetnie przyjętego filmu, po wzloty, upadki, rebooty, remaki, wszelkie 3 D, „w kosmosie” i „forever”. Następnie zaś historia skupia się na tym iż młoda i utalentowana reżyserka Kris (Hannah Einbinder) otrzymuje od studia filmowego szansę nakręcenia remake’u tego kultoweg dzieła mając ożywić zasadniczo martwą już markę. Jednocześnie reżyserka ta jest postrzegana (nie bez przyczyny) za (jak dotąd) niezależną reprezentantkę środowiska qeeurowego i woke prądów w kinie, co wytwórnia chce zasadniczo wykorzystać jako dobrze sprzedającą się łatkę broniącą producentów przez określonymi zarzutami nawet jak każą jej nakręcić bezpieczny badziew. W ramach przygotowań Kris odnajduje Billy Presley (Gillian Anderson) – dawną gwiazdę i „final girl” z pierwszej odsłony serii, która obecnie żyje jak pustelniczka w opuszczonym obozie Tivoli, gdzie kręcono oryginał. Między kobietami rodzi się pewnego rodzaju wieź zbudowana wokół miłości do kina i tej serii slasherów, a także pewnych początkowo wydaje się, że różnych a finalnie zupełnie wspólnych doświadczeń
I w tej prostej fabule udało się upchnąć bardzo szczerą ludzką historię i bardzo wiele innych znaczeń i komentarzy.
Oczywiście to, że film jest o miłości do kina to truizm, ale i nawet ta najpierwsza warstwa jest pogłębiona, bo w pewnym momencie miłość do kina okazuje się być miłością do samej siebie, a przez to źródłem przemiany i odkrywania tożsamości. Z punktu widzenia widza obserwujemy u samej autorki oraz obu bohaterek miłość do horrorów, slasherów w szczególności, a jeszcze bardziej w szczególności konkretnej tytułowej serii. Pięknie to wybrzmiewa w rozmowach Kris z agentką i osobami z wytwórni, którzy chcą sprawić (oczywiście jak najmniejszym kosztem) by kura znów znosiła złote jaja. Ale sam „ Camp Miasma” i wszystko, co go dotyczy dla samych bohaterek jest doświadczeniem emocjonalnym, życiowym i granicznym, choć trochę z innych powodów. Same się w jakimś sensie przez ową markę zdefiniowały, jedna trochę ze względu na przeszłość, druga jako oczekiwanie na przyszłość, a de facto obie ze względu na ….samotność i stłumioną seksualność. A samotność i tłumiona seksualność została na nie sprowadzona przez opresyjną (choć dość podstępnie) rzeczywistość. Kręcącą się właśnie wokół „Miasmy”
Dlatego Kris opisuje siebie i to, co ją sprowadza do Billy, obozu i podjętego zadania poprzez rolę, w której początkowo obsadziła się sama, ale potem została w niej trochę zabetonowana: queerowego głosu młodego kinowego pokolenia, który wszystko opisuje (może chce, może musi, może nie umie inaczej) oraz przez wątki tożsamościowe i role genederowe i płciowe. I mimo, że jak najbardziej jest do tego uprawniona, ma coś do powiedzenia i wie co mówi, widz słuchając jej opisu samej siebie, dziwnie nie może oprzeć się wrażeniu, że mówi językiem i całokształtem wizji pewnego środowiska w pierwszej kolejności, ale nie do końca naprawdę o swoich doświadczeniach, chociaż pewnie myśli, że tak, i na pewno by chciała. Wkrótce bowiem dowiadujemy się, że tych doświadczeń, które porusza w swojej sztuce Kris nie ma aż tak wiele, a jak ma to nie do końca czuję się w nich wygodnie, choć trudno jej samej się do siebie przyznać. Żyje ona bowiem w bi seksualnym trójkącie i choć kocha swoją partnerkę i jest programowo tolerancyjna w zakresie tych aspektów zycia i tożsamości nie bardzo wie, co zrobić z partnerem swojej partnerki. Jest to typowe: everything is ok. I guess
Z kolej Billy, na pytanie dlaczego przestała grać, odpowiedziała, że pierwszy film ją emocjonalnie i zawodowa wypalił na jakiś czas (wkrótce dowiemy się dlaczego) i, gdy była już gotowa wrócić do serii i aktorstwa, nie była już wystarczająco młoda i telefony przestały dzwonić.
Obie zatem są „kobietami swoich czasów” – czasów w podejściu do nich innym, ale w skutku takim samym. Filmowy biznes wykorzystał ich role, w których same się początkowo postawiły, a potem nie do końca pozwolił im z nich wyjść. Jedna już się z tym pogodziła, druga jeszcze tego nie zrozumiała.
Obie zostały z pytaniami o swoją tożsamość, na które dopiero ich relacja zbudowana wokół miłości do gatunku pozwoli odpowiedzieć.
Skoro miłość do kina, to można rzucić czaszką Yorika w dowolnym kierunku i się trafi w kogoś kto będzie twierdził, że to jest metahorror. Oczywiście, ale nawet w tej warstwie film jest po swojemu meta. To jest nie tylko komentarz meta do horrorów, a zwłaszcza slasherów, ale do biznesu i środowiska oraz fanów i kultury wokół nich,. A więc nie chodzi tylko o motywy „wewnątrz filmu”, ale także „cyklu życia marki”. O tym jak biznes potrafi ją najpierw kochać, potem rozwijać, przetwarzać, następnie eksploatować, wyciskać, zabijać, a wreszcie próbować reanimować, kiedy się mu to opłaca. Podobnie jak ludzi ją tworzących i emocje wokół nich budowane.
To także meta komentarz zarówno do ludzi popierających określony kierunek ekspresji filmowej, jak i go kontestujących. Jest to wreszcie meta komentarz do meta komentarzy i ludzi, którzy wszędzie widzą meta komentarz. I do tych co im się wydaje, że wszystko, co jest trochę bardziej świadome to dekonstrukcja. I to też sprawia, że film jest-jak wskazaliśmy- świetnym materiałem na to żeby go nie zrozumieć.
Tu pięknym komentarzem, powiedzianym już wprost, jest wkruwiona Kris, która rzuca w twarz producentom na callu: Żadne kurwa meta! To nie jest meta! (cytują z pamięci). Słuchajcie drodzy krytycy- to nie jest dekonstrukcja slashera. Albo inaczej- to jest tak samo dekonstrukcja slashera jak Sandman jest o przygodach Morfeusza, w szczególności, które przezywa spotykając na swojej drodze różnych śmiertelników. No może i jest. Tylko co z tego?
Żadne zabiegi rozłożenia slashera na czynniki pierwsze, przyjrzenia się jego elementom, zabiegom i motywom z bliska i zrobienie tego samego wokół obserwacji o jego twórcach i odbiorcach, nie mają na celu ani kontestowania tego, wyśmiewania, punktowania absurdów, czy choćby kwestionowania sensu lub typowych metod analizy odczytywania albo wskazywania sensowniejszych zamienników. W naszej ocenie wręcz przeciwnie- ma wydźwięk szalenie pozytywny, nawet dostrzegając określone głupotki reguł gatunku, film bardziej nam je wyjaśnia jako źródło fascynacji i miłości głównych bohaterek, a wraz z nimi widzów. W jakiś sensie dekonstruuje dekonstrukcję. Najłatwiej powiedzieć, że jest to metahorror dekonstruujący slasher i żonglujący jego motywami. Tylko, że nie. Albo bardziej w duchu Króla Juliana: Tak. A nawet Nie.
I przy okazji, a może właśnie przez to, jest to najbardziej samoświadomy film jaki widziałem w życiu, ale z tą dekonstrukcją to bym się nie zapędzał, bo ostatecznie samoświadomość służy tu innym celom.
Film niie tylko rozbija czwartą ścianę, ale najpierw ją razem z widzem buduje, aby w pewnym momencie dać widzowi młot żeby samemu zdecydował czy ją rozbić, albo w którym miejscu i pozwolić widzowi wierzyć w co chce. A potem zbudować piątą ścianę. Żeby ją znowu rozwalić. W pewnym momencie złapałem się na zastanawianiu nad tym co jest przeżyciem bohaterek, co filmem, co filmem w filmie, aby w końcu dojść do wniosku, że wszystko to pozostało do decyzji widza. Dostałem młot, którym mogę walnąć w tą ścianę i samemu na końcu podjąć decyzję jaki był np. los durnej agentki i jeszcze durniejszych bonzów z wytwórni.
Wszystko co slasherowe jest tylko kluczem do odkrywania…..no właśnie.
Co do miłości do slasherów- to zapomnijcie o Titane i seksie z samochodem. Mamy tutaj scenę seksu …….ze slasherem. I przy okazji bardzo pouczający motyw, o którym Trojanowska śpiewała, że wszystko czego dziś chcę. Jeśli nie wiecie, o czym śpiewa Trojanowska w tej piosence, to wygooglujcie sobie na co Francuzi mówią „Mała Śmierć”
Skoro to od twórczyni I saw TV Glow, to można się domyślić, że wreszcie na określonym, tym prawdziwym, poziomie jest o odkrywaniu tłumionych aspektów swojej tożsamości. I o ile Glow było o pogodzeniu się z nim wewnątrz siebie, tutaj bardziej chodzi pogodzenie tożsamości w umiejscowieniu w rzeczywistości i w tym jak rzeczywistość prawdziwą tożsamość tłumi, aż do granic dysocjacji, o której mogę coś powiedzieć. To jest o tym, że nawet jak już pogodzimy się ze sobą, to jeszcze pozostaje pogodzić z tym rzeczywistość, co najepiej robi się soczystym spier…terefere. Zarówno bowiem Billy jak i Kris dzięki miłości do kina, slasherów i Miasmy, najpierw odkrywają siebie nawzajem, a potem odkrywają w sobie to, co przez to, że zawsze były zmuszone „być kobietami swoich czasów” zostało im odebrane. I przez co zmuszone były do dysocjacji wokół Małej Śmierci, która najpierw odebrała im część tożsamości i możliwość jej przeżycia, potem pozwoliła przetrwać z tą pustką, aby wreszcie im ją zwrócić, gdy znalazły siłę na wspólną dysocjację, która odcięła ich od dyskretnie sączonej opresji wokół i pozostawiła wyłączne tam, gdzie to ważne- w swoich objęciach.
Bo w gruncie rzeczy faktycznie czasem chodzi wyłącznie o ciało i płyny ustrojowe. Niektórzy mogą twierdzić, że o coś innego, ale zwykle dlatego, że czegoś od ciebie chcą. I oni też mogą…terefere,
Na szczęście okazuje się na koniec, że kino potrafi nas uratować. Nawet jeśli wcześniej musi nas w tym celu zabić.
I to jest właśnie trochę jak taki przytualniec do More than words, które po prostu jest absolutnie tradycyjną piękną love song, tylko że skomponowaną i zagraną w nietypowej tonacji, na którą może pozwolić sobie ktoś doskonale wie co robi (Fis-dur/Gis -moll grane na gitarze obniżonej do Eflat). Albo jak wspólne oglądanie 16 raz tego samego horroru, w towarzystwie wszystkich żelków jakie można kupić.
A Gillian jest Królową, kurwa, wszystkiego (jakby napisał nasz korespondent zagraniczny Staszek). I nie zapraszam do dyskusji bo nie ma o czym.

