Dzięki uprzejmości dystrybutora FLASHBACK obejrzeliśmy ostatnio na dużym ekranie w odrestaurowanej wersji horror „Martwe Zło 2”. Nie żeby trzeba nas było namawiać, czy coś. Gdy tylko dowiedzieliśmy, się że będzie grany w kinach napaliliśmy się na seans niczym Jorge z Burgos na drugą księgę „Poetyki Arystotelesa”. Całą markę kochamy mocno, a dwójeczkę w szczególności. Nie myśleliśmy jednak, że jeszcze nas czymś zaskoczy. A jednak! Okazało się, że paradoksalnie jest to dzieło ponadczasowe oraz, że jest w nim o wiele więcej „mięsa” niż zapamiętaliśmy!
Ktoś może powiedzieć, że to pewnie dlatego, że od ostatniego naszego seansu „Martwego Zła 2” minęło już parę ładnych lat, ale będzie to tylko część prawdy. Ostatnie odsłony serii a w szczególności „Martwe Zło: Ogień” jakoś wtłoczyły w nas przekonanie, że w marka ta straszy przede wszystkim Deaditami czyli ludźmi opętanymi przez pradawne zło, a przecież „dwójeczka” oferuje o wiele więcej!
Czego tam nie ma? Są oczywiście Deadci, ale przecież w tym filmie demoniczne jest wszystko! Nie tylko opętani bohaterowie (w tym sam Ash!), ale chatka, las i wszystko dokoła! Atmosfera zaszczucia i niepokoju, jest przytłaczająca i a niebezpieczeństwo czyha z każdej strony (i z każdego mebla), a fakt, że sam główny bohater w każdej chwili może zmienić się w demona jeszcze daje do pieca!. No i demony to nie tylko i nie zawsze zwykli ludzie. Często przybierają formy groteskowych potworów, które oglądane na dużym ekranie dają wspaniałe świadectwo kreatywności i kunsztu speców od praktycznych efektów specjalnych.
„Groteska” to z resztą słowo idealnie pasujące do „Martwego Zła 2”, które czasami bywa nazywane komedią przebraną za horror, co może być prawdą, ale nie musi. Równie dobrze można nazwać go horrorem z elementami komedii Oczywiście film jest zabawny, miejscami bardzo, ale raczej w ten sposób w jakim zabawne są one linery Freddiego Kruegera. Jeśli do tego dodamy jedyną w swoim rodzaju osobowość głównego bohatera Asha Williamsa (z jego miejscami slapstikowym zachowaniem), przerysowane do granic sceny przemocy i naprawdę szalony design potworów, dostaniemy miks, który u każdego maniaka takich klimatów wywoła uśmiech, ale który komedią choćby grozy nazwać trudno. Jest to rasowy horror tyle, że przerysowany, campowy i śmiały w tej swojej stylistyce, przez co faktycznie oprócz straszenia (opętana Henrietta!) także bawi.
I dzięki temu jest właśnie ponadczasowy. Wiadomo, że po tylu latach od premiery, niektóre zagrywki, patenty i efekty teoretycznie mogłyby trącić myszką, ale przez to świadome campowe podejście (które w momencie premiery było nowatorskie), film niejako broni się przed wspomnianym zarzutem. Sam Raimi wykazał się geniuszem, rozumiejąc od samego początku, że taka stylistyka zawsze będzie znajdywała swoich zwolenników. I że zawsze będzie ich dużo.
W wielu recenzjach czytałem też, że jest to film „tak zły, że aż dobry”. No to już jest kompletne nieporozumienie. Nie można tak mówić o dziele, który jest tak samoświadome jak samoświadome jest „Martwe Zło 2”. „Evil Dead 2” jest tak naprawdę filmem bardzo dobrym, które ma wyglądać jakby był zły. To jest właśnie ta ponadczasowa stylistyka, którą do popkultury wprowadziła seria o Necronomiconie. I która na dużym ekranie wygląda wprost kapitalnie. Szczególne wrażenie w kinie robią, będące wizytówką serii, ujęcia z „pędzącym” przed siebie złem. Po prostu miodzio!
O kurka! Zapomniałem wspomnieć o fabule. Ale czy muszę? Każdy ją przecież zna i każdy wie, że jest jednocześnie niesamowicie klimatyczna i niesamowicie pretekstowa. Ważne co się dzieje na ekranie. A dzieje się tyle, że głowa mała! Od pierwszych minut akcja pędzi, jumpscare goni jumpscare a jatka jatkę. Ale co niezwykłe historia przez cały czas nie gubi swojego mrocznego klimatu i to mimo przerysowania, campu i groteski. Tylko „Martwe Zło” tak potrafi. A druga jego odsłona robi to najlepiej!
10/10
autor recenzji: GoroM

