Mam słabość do komedio-horrorów, horrorów na wesoło, pastiszów, parodii a nawet jajec z gatunku  i całej campowej zabawy sięgającej po co bardziej znane chwyty z danego gatunku. Słabość mam do tego stopnia, że dobrze bawię się na takich filmach i dobrze oceniam nawet takie filmy, do których mógłbym się nawet mocno przyczepić bo albo to dowcipy latają naprawdę nisko, jak choćby w Hell Baby albo z kolei wśród kilku dobrych momentów w filmie jest sporo zapychaczy, na których można usnąć, jak choćby w Zarżniętych Żywcem.

Na szczęście Hotel Umarlaków nie powiela ani błędów Hell Baby ani Zarżniętych Żywcem. W zasadzie nie powiela żadnego z błędów, których w filmie tego typu można by się obawiać. Właściwie w swoim gatunku jest filmem dość…..wzorcowym. Co oczywiście nie znaczy, że jest dla każdego.

Długo się zastanawiałem nad tym, do czego go tu obrazowo porównać i w sumie wyszło mi, że to rodzaj zabawy bardziej w stylu Od Zmierzchu do Świtu, tylko takiego, którego nie wyreżyserował Rodriguez, ale Benny Hill.  Albo może coś jak Krwawa Uczta tylko potraktowana, jak w tym jednym skeczu ze Świata według Kiepskich, w którym reżyser kręci remake Faraona, z tym, że dodaje jeszcze taniec i śpiew.

Fabuła jest prosta jak jelito grube wyciągnięte przez zombie z bebechów przypadkowej ofiary. Grupa przyjaciół jedzie na wesele znajomej, w drodze zatrzymują się na noc w zapyziałej mieścinie, w przytulnym hoteliku u dziwnego właściciela (David Carradine!!!). Wszystko zaczyna iść nie tak, gdy właściciel ginie w niewyjaśnionych okolicznościach, co jest dopiero początkiem przygód, które obejmować będą konieczność stawienia czoła demonowi, który opętał……całe miasteczko (no prawie).

Hotel Umarlaków jest klasyczną przebieżką przez właśnie takie zombie movie z motywem opętania, a więc obowiązkowo jest oblężenie w domku, pokręcony rytuał odpędzania ducha itp. Siłą tego filmu jest oczywiście to, że, jak mawia Prezes Kozłowski “i wesoło, wesoło ku**wa mać”. Żart goni żart, raczej nie ma ani chwili nudy, a żartów jest cały przekrój wszelkich rodzajów i kolorytów od smaczków na spostrzegawczość (plakat Evil Dead na ścianie), przez sparodiowanie  klasycznych motywów jak np. złowrogi szeryf, u którego można poszukiwać wszystkiego, ale nie pomocy (w tej roli kapitalny Jerfrey Dean Morgan), czy ostrzeżenie znikąd na zasadzie “nie idźcie tą drogą” (które tu pojawia się, gdy….jest już o jakieś 3 ofiary za późno), po otwarte nawiązania do innych filmów (scena masakry w barze, w której przygrywa nam kapela zombie- wiadomo), czy wreszcie pojechane autorskie campowe żarty jak głowa ofiary w roli pacynki na dłoń czy scena….taneczna.

To ostatnie jest w zasadzie częścią większego konceptu polegającego na tym, że w dużej części filmy jest ….musicalem bo rolę narratora pełni wiejski country grajek, który ilustruje przebieg akcji piosenkami, w bardzo różnych stylach, nawet rapowym, których teksty są….no….hahahah. XD Dla mnie to jest mocną częścią produkcji, bardzo dobrze wpływającą na humor (część musicalowa still better than La la land).

W ogóle żarty nie powinny nikogo uwierać bo kiedy są niskolatające lub czerstwe to w sposób całkiem widocznie zamierzony (np. bojowa archiwistka), a poza tym część jest kapitalnych, głównie tam gdzie parodiują reguły gatunku (mój ulubiony to scena zbrojenia: we got whole box of shotgun shells. No shotgun. But we have a chainsaw).

Stylistyka akcji jest dokładnie taka jakiej należy się spodziewać od tego typu produkcji, a więc odpowiednio krwawe sceny z uwzględnieniem dużej ilości gumy i hektolitrów ketchupu,obejmujące dekapitacje przy użyciu piły a nawet łopaty, przebijane przy użyciu sekatorów czy kości itp itd. Zabawowa jatka pełną gębą.

Aktorzy dają radę, ze szczególnym uwzględnieniem Jefreya Deana Morgana, którego, ogromny jako fan pierwszych sezonów Supernatural oraz Strażników także w ich filmowej wersji, kupuję bez jakichkolwiek uwag, zwłaszcza, że tu wyraźnie widać, że świetnie się bawi w swojej roli.

I w ogóle cały ten film to strasznie zabawowa rzecz. Natężenie dobrego horrorowego humoru jest takie, że każdy znajdzie tu coś dla siebie, nawet jak część żartów jest mocno sucha. Podsumowując-nardzo fajna, niezobowiązująca pozycja dla fanów horroru, którzy lubią się pośmiać z klasycznych motywów. Bardzo równa i w konsekwencji oferująca naprawdę. sporo świetnej zabawy, aczkolwiek trzeba lubić ten typ gore-teskowego humoru.