Jeśli chcesz zobaczyć film, w którym ludzie ubierają się jak w najnowszej części „Dishonored”, mają nienaganne maniery, piją herbatę odginając mały palec i… zajmują się aranżacją wnętrz dla wściekłych duchów, to „Winchester Dom duchów” z pewnością jest dla Ciebie.

Film jest pięknie nakręcony, zdjęcia przemyślane i zrobione ze smakiem. Dbałość o realia epoki przenosi widza w początki dwudziestego wieku, więc fani prozy Lovecrafta powinni poczuć się swojsko. Z ekranu wprost emanuje woń tytoniu, trzyczęściowych wełnianych garniturów i opium. Tu jednak podobieństwa do świata Samotnika z Providence się kończą. Zamiast historii drzemiących na dnie oceanu Przedwiecznych, otrzymujemy dobrze zbudowaną i przyzwoicie opowiedzianą historię o dziedziczce fortuny Winchesterów, borykającej się z gigantycznym poczuciem winy za grzechy przodków, którzy stworzyli wściekle skuteczne narzędzie do dziurawienia ludzi. Duchy ofiar owego wynalazku nawiedzają kobietę i domagają się, by budowała im kolejne przytulne pokoje w swoim wiecznie rozrastającym się domu. Sara Winchester, bo o niej mowa, skwapliwie spełnia te oczekiwania, by następnie pomóc udręczonym duszom przejść na stronę światła. Brzmi jak szaleństwo? No właśnie!

I tu pojawia się postać doktora Erica Price’a, sceptycznego, dowcipnego i umiarkowanie przystojnego psychiatry, ładującego morfinę jak emenemsy, którego firma Winchester Repeating Arms Company wynajmuje, by udowodnił niepoczytalność Sary. Tu zawiązuje się intryga. Doktor trafia do stale powiększającego się domu, zaczyna prowadzić badania i powoli wsiąka w metafizyczny świat wściekłych duchów, który z każdym dniem coraz mniej wydaje się być jedynie wytworem chorego umysłu starszej pani.

Nie ma tu żadnej rewolucji, nowatorstwa, nieprzewidzianych zwrotów akcji, ani śmiałych zabiegów stylistycznych. Jest za to przyzwoita, przyjemna dla oka i dobrze opowiedziana historia z wątkiem miłosnym w tle. Oczywiście Sam i Dean ogarnęliby sytuację w jeden wieczór, ale jeśli macie ochotę zobaczyć jak się to robiło sto lat temu, zapraszam do kin!

Piotr C.