No co mnie podkusiło, żeby zamiast Labiryntu Fauna (którego wcześniej nie widziałem) lub Ichi the Killer (który muszę sobie odświeżyć) przypomnieć sobie film, który widziałem w kinie jeszcze w podstawówce, czyli Spawna? Perwersja jakaś chyba, bo przeczuwałem od samego początku, co mnie czeka (z seansu sprzed wielu lat nie pamiętałem prawie nic).

Tytułem wstępu- film opowiada o zawodowym zabójcy, pracującym dla jakiejś rządowej agencji, której szef chce przejąć władzę nad światem i w związku z tym zawiera pakt z mocami piekielnymi, że odda, w zamian za pomoc w osiągnięciu tego celu, swojego najlepszego kilera (Jurek akurat był zajęty). Al Simmons- bo tak nazywa się nasz hitman, ma zostać generałem wojsk piekielnych, czyli tytułowym Spawnem, i poprowadzić je na bramy niebios. Punkt wyjścia brzmi nieźle, co akurat nie jest dziwne , bo film oparty jest na motywach dość kultowego i bardzo mrocznego komiksu. Niestety z tego obiecującego punktu wyjścia, jak i pierwowzoru komiksowego w zasadzie nic nie zostało.

Ale może najpierw o plusach. No muzyka jest fajna, nawet bardzo fajna. Niektóre efekty specjalne jak na rok produkcji są znośne np. całkiem fajnie wypada peleryna, da się przeżyć też Violatora (trzeba dodać, że są też efekty zupełnie nie fajne np wizja piekła, która jest po porstu tragiczna). Ostatecznie sam strój Spawna, jego wygląd i animacje też się mogą w sumie podobać. Jest kilka fajnych zdjęć i ujęć, mrocznych, typu katedry  i zaułki nocą w deszczu.

No i to w zasadzie tyle, gdyby twórcy zdecydowali się na tym poprzestać i dajmy na to zrobić, bez ambicji, film akcji (np. nie wiem, jak nowe żółwie ninja) to dałoby się to jeszcze obejrzeć.  I film w zasadzie byłby taki gdyby na siłę nie próbowano dodawać mu kolorytu “serious bussiness”, w szczególności przez próbę napisania sthaaaaaaaaaaaasznego scenariusza, który okazał się być pełen dziur, bzdur, i ogólnie stekiem głupot. Nic tu się nie trzyma kupy. Okazuje się np. że żeby wykraść z agencji rządowej dowody przestępczych akcji wystarczy wejść do biura w biały dzień, wziąć z biurka szefa randomową płytę z napisem akcje specjalne i po wrzuceniu jej do kompa wpisać komendę …wait for it…kopiuj tajne pliki. Oczywiście główny bad guy na przemian fantazjuje o władzy nad światem i zniszczeniem świata. Chyba jest to klasyczna metoda podbicia świata przez jego zniszczenie.
To wszystko jest okraszone naprawdę fatalnymi dialogami typu: “nie zrobisz tego, nie masz do tego serca <blam!> masz rację”,”wybaczcie Spawnowi, przeszedł przez piekło” “co to za strój, to nie jest Halloween. Tam gdzie cię wyślę, Halloween jest cały rok” , “wysłałeś mnie do piekła, teraz moja kolej”.

Tak wiem, co sobie myślicie,  że to jest przypadek, że “on nie śpiewa tego serio wtedy. Przecież. I to należy zrozumieć. I tutaj wydaje mi się, że panowie po prostu mylnie interpretują. On po prostu śpiewa żartobliwie, ironicznie, ze stosunkiem jakimś takim żartobliwym do tematu i do samego siebie, że on w ten sposób śpiewa. I w związku z tym twierdzę, że nie jest to piosenka smutna, pesymistyczna, że jak pan mówi, że chwyta, ale że taki jest łzawy, to nie jest łzawa piosenka tylko ja twierdzę, że jest to piosenka optymistyczna, żartobliwa, wesoła z akcentami humorystycznymi.” Też miałem taką nadzieję, że można to potraktować jak “Człowieka demolkę”, “Niezniszczalnych” oraz inne zdystansowane dzieła Sylwestra “I am the law” Stallone.

Niestety raczej aktorstwo nie pozostawia złudzeń. I o ile kreacja Martina Sheena może pozwalać zachować jeszcze przypuszczenia, że jednak postanowił sobie trochę zrobić jaja (jest to chyba kazus podobny do Raula Julii jako Generała Bisona w Street Fighter- nie do końca wiadomo, czy postanowił strollować ekipę czy też ratować debilnie napisaną rolę), to już druga strona barykady, czyli bohaterowie pozytywni (o ile tak można napisać o Spawnie) to już żenua po całości. Celuje w tym Michael Jai White, który może i jest świetnym fighterem, ale aktor z niego żaden, co z durnie napisaną rolą skutkuje mieszanką wybuchową, z tym, że autodestrukcyjną. Dzielnie mu sekunduje w tym pojawiający się znikąd i nie wiadomo po co jego quasi mistrz Cagliostro.

Gdyby twórcy pozostali przy zrobieniu łubudu dla koneserów klasy B a nawet i C byłoby to strawne (choć oczywiście “wyprane” z klimatu pierwowzoru). Zwłaszcza, że technicznie, jak na tamte czasy, przez większość filmu  (pomijając piekło) jest znośnie (choć oczywiście już wtedy kręcono dużo lepiej, ale jak to film na podstawie komiksu  raczej nieznanego dla general public, jeszcze w tamtych czasach kiedy nie było obecnego boomu na komiksy- wiadomo, że nie mógł mieć startu do blockbusterów typu Dzień Niepodległości). Jeszcze lepiej byłoby gdyby filmowi udało się odwzorować sedno historii i konflikty komiksowego pierwowzoru. Ale nieudolna próba oddania klimatu komiksu, czyli takiego bardziej poważnego aspektu, niestety położyła ten film. Ze szczególnym uwzględnieniem napinającego się aktorstwa i scenariusza, który nie może się zdecydować czy jest pretekstowy czy też wręcz przeciwnie.

Niestety na koniec muszę się przyznać, że na seansie bawiłem się….całkiem nieźle. Od razu sobie założyłem, że obejrzę to ironicznie, mimo że twórcy usilnie nie chcieli dać tej możliwości. Do czego i was zachęcam jeśli chcecie zapoznać się z tym obrazem.