Obejrzawszy drugi (po Strange Circus) film z dorobku Siona Sono tj. Krąg Samobójców, olśniło mnie niczym pewnego urzędnika szwajcarskiego urzędu patentowego na widok malarza spadającego z drabiny i ukułem równie elegancki w swoje prostocie, a jednocześnie opisujący szalenie skomplikowane zjawisko, wzór (gdzie S- Sion Sono, A-azjatyckie kino grozy i współczynnik P- poetyckość, ze szczególnym uwzględnieniem dojmującego smutku oraz domieszki groteski). S=AP2

W zasadzie, jak napisałem, konsekwencje tego równania są z jednej strony niby proste, ale z drugiej bardzo trudno uchwytne. Filmy Siona Sono (widziałem, aż dwa, zatem nie znam się, ale się wypowiem!) mają na siebie pewien powtarzalny patent (nazywa się to “styl” lub inaczej “stajl”) -poruszają bardzo poważne (i przygnębiające) problemy ujmując je w ramy dramatycznych w sposób otwarty (Strange Circus) lub mniej otwarty, ale de facto również dramatycznych tak samo (Krąg samobójców), historii (często rodzinnych) bohaterów,   i opowiadając o nich w sposób odważnie poetycki (poeta makabry- jak celnie napisał Horrorland).

Wszystko to charakterystyczne dla azjatyckiego kina grozy (stąd to A) u Siona Sono uzyskuje dodatkowo jeszcze bardziej oryginalny i “mocniejszy”, w sensie pójścia jeszcze dalej, wymiar, w szczególności odnośnie właśnie poetyki (stąd to P2). W konsekwencji dostajemy obrazy, nawet na tle ogólnego azjatyckiego stylu kina grozy, jeszcze bardziej dojrzałe, jeszcze bardziej przygnębiające, jeszcze bardziej artystyczne i jeszcze bardziej dziwne, w sensie doboru środków stylistycznych do przedstawienia treści. Efektem tego są dzieła jeszcze bardziej (niż ogólny- wysoki przecież- poziom azjatyckiego kina grozy) odważne, jeszcze bardziej “dające w ryj” i szalone, a jednocześnie głęboko ludzkie, niestety  (albo stety dla widza) w tej mrocznej części ludzkiej natury oraz przygnębiającej części zjawisk dotyczących ludzkich losów. Ten ostatni aspekt jest przy tym (bardziej niż wszelkie efekty, w tym gore, zaczerpnięte z typowych dla horroru środków stylistycznych) źródłem prawdziwej grozy pokazanej w tych filmach.

Krąg Samobójców to wszystko ma.

Film zaczyna się sceną, w której 54 licealistki popełniają zbiorowe samobójstwo rzucając się pod pociąg metra Okazuje się, że to tylko początek fali samobójstw, jaka ogarnia cały kraj. Inspektor Kuroda próbuje znaleźć odpowiedź, co jest przyczyną tajemniczego zachowania ludzi, a to nie będzie proste. Cała sytuacja staje się coraz dziwniejsza. Na miejscach tragicznych wydarzeń śledczy znajdują zszyte kawałki ludzkiej skóry osób, które popełniły samobójstwa, wycięte, jak wszystko na to wskazuje za ich życia. Co więcej wydaje się, że pewna hackerka trafiła na stronę internetową, z której odczytać można pattern dotyczący PRZYSZŁYCH samobójstw.

Tą dziwną historię Sion Sono maluje coraz dziwniejszymi scenami, jak choćby kolejne zbiorowe samobójstwo całej klasy skaczącej z dachu szkoły z uśmiechem na ustach. Szczytem tych dziwności jest scena, zbiorowego morderstwa, w trakcie którego szef oprawców śpiewa piosenkę (Beacuse death shines all night long). A gdy już policji wydaje się, że coś rozgryźli dostajemy jedną z najsmutniejszych scen ever. Następnie zaś mamy dziwny finał- niejako wyjaśnienie sensu tego czym jest Krąg samobójców, które jednak pozostawia otwarte, bardzo szerokie pole interpretacyjne z jednej strony,  drugiej zaś, które pokazuje, że za tym wszystkim stało coś innego niż  mogłoby się wydawać. Rozwiązanie zagadki samobójstw okazuje się nie być specjalne skomplikowane, jednakowoż pozostaje (cóż się dziwić) nieskończenie smutne. Sam koniec filmu  nakreśla jednak pewną iskierkę nadziei, w tym wszystkim, co w Kręgu samobójców jest pokazane.

Czy ten film jest lepszy od Strange Circus? Na to pytanie mam dwie odpowiedzi, przy czym druga wynika z pierwszej. Pierwsza to: nie wiem. Druga zaś: dla mnie gorszy (właśnie “dla mnie”, a nie “moim zdaniem”). Pierwsza wynika z tego, że cała ta poetyckość narracji, natłok scen symbolicznych, pokomplikowanie tego “o co w tym wszystkim chodzi”, a wreszcie (prawdopodobnie) mocne osadzenie w problemach samej Japonii, sprawiło, że prawdopodobnie (bardzo) nie do końca wszystko  tym filmie zrozumiałem. Z drugiej jednak strony w filmie tym, wcześniejszym od Strange Circus, Sion Sono (jak się zdaje) nie wypracował jeszcze klarowności przesłania i konstrukcji myśli, historii i sposobu opowiadania, które w Strange Circus mieliśmy na poziome perfect plus (piętrowa historia spięta genialną stylistyczną klamrą). Odnośnie Kręgu samobójców łatwo zaś pokusić się o zarzut “przekombinowania” czy też “sztuki dla sztuki”. Cała ta poetyckość wymyka się trochę spod kontroli i nie do końca wydaje się w taki zakresie, wymiarze i natężeniu konieczna dla tego, o czym opowiada film. Wstrzymałbym się jednak z zarzutami “pretensjonalności” czy też tego, że problem pokazany w filmie jest z gatunku “taniej psychologii”. Mimo wszystko, nawet mimo tego, że nie wszystko z filmu zrozumiałem i nie za wszystkimi środkami stylistycznymi nadążyłem, to przez cały film bardzo, ale to bardzo udzielił mi się bezgraniczny smutek, którym ten film jest przepełniony. Oznacza to, że Sion Sono i tu potrafi, przez to o czym opowiada i jak opowiada, dotrzeć bardzo głęboko do widza, mimo, że czasem (w tym filmie) nie do końca pewnie panuje na poetyką obrazu- i jeśli chodzi o przesłanie i jeśli chodzi o formę. Oczywiście to wszystko są detale, a Krąg samobójców pozostaje filmem niezwykłym w warstwie i merytorycznej i formalnej (o jakoś choćby świadczy otrzymanie przez niego Most Ground-Breaking Film and Fantasia Ground-Breaker Award), zabrakło być może jedynie tak precyzyjnego utrzymania wszystkiego w ryzach jak w Strange Circus, które powodowałoby, jak właśnie odnośnie tego drugiego obrazu, że nie ma jak i nie ma do czego się przyczepić w jakimkolwiek zakresie i przez kogokolwiek.