Pierwszą książką Grzegorza Kopca, z którą mieliśmy do czynienia był „Plon”, który był dla nas jak grom z jasnego nieba. Książka okazała się jednym z najlepszych horrorów jaki czytaliśmy kiedykolwiek. Nie dziwne, że na „Trzeci gatunek” byliśmy napaleni niczym Wilhellm z Baskerwille na drugi tom poetyki Arystotelesa. Ale mieliśmy też liczne wątpliwości. Czy Grzesiek dowiózł? A może „Plon” to był jednorazowy przebłysk literackiego geniuszu? Takie pytania kołatały mi się w głowie. Będąc po lekturze „Trzeciego gatunku”, mogę na nie w tej recenzji odpowiedzieć.
Opowieść zaczyna się mocno. Główny bohater (będący narratorem) Rafał Krogulecki budzi się w zaułku za barem, mocno pobity. Obrażenia wydają się niemal śmiertelne, ale co dziwne mężczyzna ma się dobrze, choć wydaje mu się, że jest kimś inny. Wkrótce potem zostaje napadnięty przez dysponujących nadludzkimi zdolnościami napastników. Choć udaje się ich spłoszyć, to zamierzają wrócić. Najwyraźniej to dopiero początek polowania. I początek dramatycznej historii, w której poznanym nieznaną dotąd historię życia na ziemi.
Choć historia na pozór brzmi epicko, w swej istocie jest raczej kameralna, intymna a nawet romantyczna. W tym sensie, że jest opowieść młodego człowieka, który znalazł się w niesamowitej sytuacji i musi się z nią zmierzyć. Ciekawostką jest, że autor w posłowiu wspomina, iż pierwsza wersja „Trzeciego gatunku” powstała w 2016 roku. Znaczy to, że pisał ją o dekadę młodszy Grzegorz Kopiec. Nie jest to w żadnym razie zarzut, wręcz przeciwnie. Zderzenie osobistej historii opisywanej słowami i myślami młodego mężczyzny z monumentalnym wręcz konceptem powstania ludzkości, robi niesamowite wrażenie. Narracja prowadzona w pierwszej osobie „dokręca śrubę”, a dzięki warsztatowi autora, jeszcze mocniej wczuwamy się w sytuację Rafała Kroguleckiego. Historia przytłacza, trzyma w napięciu, budzi niepokój.
Dawno już nie czytałem książki, w której tak bardzo zżyłbym się z bohaterem i odczuwał jego emocje. Po części wynika to z faktu, że Grzegorz Kopiec jest najwidoczniej bardzo bacznym obserwatorem życia codziennego. Nie ukrywam, że czytając początek, w którym Rafał Krogulecki próbuje ogarnąć się po felernej nocy w barze zanurzając się w codzienność typowej niedzieli na osiedlu sprawił, że poczułem się jakby autor pisał o mnie. I już zostałem kupiony.
Ale pragnę uspokoić… „Trzeci gatunek” to nie powieść obyczajowa o chłopaku z blokowiska a mocne, miejscami bardo brutalne dark fantasy, które bez przekłamania można nazwać rasowym horrorem. Hardkorowych scen może nie ma dużo, ale są one naprawdę gwałtowne i przede wszystkim budzące emocje. Nie ma absolutnie mowy o szokowaniu dla samego szokowania. A jeśli chodzi o „background” czy też kontekst opowieści, to co wymyślił Grzegorz Kopiec jest po prostu epickie! Nawet ośmieliłbym się stwierdzić, że jest w tym potencjał na dużo większą i bardziej rozbudowaną opowieść niż ta przedstawiona w „Trzecim gatunku”.
Jeśli miałbym się czepiać, to mógłbym w sumie napisać, że wspomnianą cechę ksiażki można uznać za jej drobną wadę. Historia w „Trzecim gatunku” mimo monumentalnego pomysłu stojącego u podstawy opisywanych wydarzeń jest w gruncie rzeczy nie skomplikowana i sprowadza się do w pewnym uproszczeniu do konfrontacji „złych” z „dobrymi”. Mnie to jednak nie przeszkadzało, a to z powodu, o którym wspomniałem wcześniej- owa konfrontacja niesamowicie angażuje i budzi emocji dzięki świetnie napisanemu protagoniście.
Bardziej uwierała mnie inna rzecz- ów epicki pomysł na tło opowieści został nam odsłonięty na zasadzie: przychodzi postać i wszystko tłumaczy. Nie przepadam za takimi rozwiązaniami fabularnymi. Oczywiście rozumiem, że trudno to było tym przypadku postąpić inaczej. Odsłanianie tak wielkiego pomysłu „po kawałku” sprawiłoby, że „Trzeci gatunek” miałby pewnie ze trzy tysiące stron. A nie wiem czy chciałbym czytać „Sillmarillion” w wersji horror.
Mimo, że „Trzeci gatunek” ma pewne wady, odpowiedź na pytanie, czy Grzegorz Kopiec dowiózł, może być tylko jedna. Bezapelacyjnie (i do samego końca)! Najnowsza powieść Grześka to lektura bardzo oryginalna i bardzo angażująca. I angażuje właśnie między innymi przez ową oryginalność. Ale także przez świetnie napisanego głównego bohatera, oraz przez fakt, że intymna, osobista i w duchu nawet romantyczna historia zderza się tu z epickim pomysłem stojącym u jej podstaw. Połączenie to fascynuje.
I chociaż dwa przypadki jeszcze nie tworzą reguły, to po lekturze „Trzeciego gatunku” przyszło nam na myśl popularne amerykańskie powiedzenie: „He don’t miss, He don’t miss!” a Grzegorz Kopiec wyrasta na jednego z naszych ulubionych twórców grozy w ogóle.
ocena 8/10
autor: GoroM

