Pod wpływem wczorajszej zażartej dyskusji na zaprzyjaźnionym fanpage’u Horrorland (polecamy!) zmieniłem swoje plany na wieczór oraz co do kolejności recenzenckiej twórczości i postanowiłem zmierzyć się w jednym i drugim przypadku z francuskim slasherem Blady strach (Haute tension). Cóż poradzić, głosy na temat tego filmu uderzały w tak pełne zachwytów tony, że Dobry Horror musiał to sprawdzić i dorzucić swoje 666 groszy. Niestety nie będę mógł tym razem dać upustu swojej przekornej naturze i będę musiał potwierdzić- Blady strach jest  filmem rewelacyjnym!!!

Uwaga mogą być lekkie spojlery.

Od razu zaznaczam (już chyba kiedyś o tym wspominałem), że slasher nie jest moim ulubionym gatunkiem. Jest gatunkowym kinem gatunkowym, zatem nawet wśród horroru, który przecież podlega dość ścisłym regułom i poszczególne jego gatunki opierają się na określonych wzorcach, jest gatunkiem szczególnie podlegającym schematom, chyba bardziej niż jakiekolwiek inne rodzaje kina grozy (no, może jeszcze dotyka to wszelkich filmów o opętaniach, które jednak nie są chyba aż tak schematyczne gatunkowo per se, a jedynie z nieumiejętności twórców, którzy nie mogą się uwolnić od piętna “Egzorcysty”, a że można trochę inaczej, pokazał choćby niedawno recenzowany February). Jednocześnie  gatunek  ten raczej, ze względu na swoją tematykę, rzadko może przejawiać jakieś głębsze ambicje (są wyjątki), niż czysta rozrywka (to czasem plus bo implikuje bezpretensjonalność), więc ostatecznie nie można się po seansie spodziewać jakiegoś katharsis czy takiego poważnego poruszenia, na zasadzie wow, ale mnie ten film rzucił o ziemię.

Niemniej jednak dobry slasher może dać sporo…eheheh….radości i może być naprawdę dobrym filmem. Jak nakręcić dobry slasher? Moim zdaniem, w kontekście odbioru przez fanów horroru (parafrazując teh immortal words of Wilq superbohater “nie widzowie tylko fani!”), drogi są przynajmniej dwie.

Można, po prostu, jak najświadomiej korzystać z reguł gatunku i paskudnego mordercę/bestię/potwora wpuścić w odpowiednio potęgujące poczucie zagrożenia otoczenie i kazać mu ganiać w tempie powolnego, slasherowego, ale jakoś dziwnie nieuniknionego dla ofiar, spaceru, grupę młodzieży składającej się z całego uznawanego przez Hollywood przekroju społecznego, a więc piersiastych cheerliderek, adonisowych skrzydłowych quarterbacków (a.k.a środkowy asskicker lub rozgrywający motherfucker, który i tak zginie pierwszy), jednej pensjonarki i jednego surferskiego luzaka. Ewentualnie może być inny zestaw ofiar, ale konieczne muszą być kobiety. Dobrze nakręcone dzieło w tym klimacie, ze znajomością reguł, to czysta niezobowiązująca rozrywka, która występuje w dwóch wariantach- z lekkim (lub większym) przymrużeniem oka, albo na poważnie. Zawsze jednak zakłada kobiety w opałach i nieunikniony spacer paskudnego killera.

Druga metoda nie wymaga większego opisywania, bowiem wszyscy ją znamy- chodzi o jak największa jazdę po bandzie, a więc jatka, masakra, flaki, flaki, same kurde flaki. Oczywiście obie metody można łączyć.

Blady strach ma to wszystko. Film ten wykorzystuje najlepsze slasherowe wzorce w mistrzowski sposób, nie będę ich opisywał, bo wszyscy je znamy. Niech wam  wystarczy w tym zakresie opis zalążka fabuły :”Marie przyjeżdża do swej przyjaciółki mieszkającej na odludziu. W nocy u ich drzwi pojawia się uzbrojony w skalpel zabójca“. No i  jest gore, od niewymyślnego po całkiem pomysłowe, w każdym przypadku mocne i krwiste. Czyli mamy wszystkie składniki slashera dobrego. Dalej to już tzw. klasyka westernu, z tym, że…..

….nie do końca. Bo jak dobry slasher przekuć na bardzo dobry, zarazem bardzo dobry horror? Do tej tzw. klasyki westernu należy dodać pewne elementy, które sprawią, że obraz będzie klasyczny (w sensie wykorzystania schematów), a jednak nie, przez odpowiednią interpretację tych  klasycznych motywów. I tu tak mamy. Jak to u Francuzów (kłania się lubiane przeze mnie Frontiere(s) i mniej lubiane Martyrs, z którym mam jednak problem w zasadzie merytoryczny, a nie co do formy) postawiono na bolesny naturalizm, co daje zarówno mordercy, dziejącej się akcji, jak i scenom zgonów dodatkowej mocy.

Na początku pisałem o tym, że klasyczny slasher zakłada konieczną obecność ciekawego mordercy. Tu przetworzenie klasycznego motywu przez francuski naturalizm polega na tym, że morderca pozornie jest bardzo “zwyczajny”, co jednak dodaje mu, zwłaszcza przez sposób opowiadania, potwornej grozy. Normalnie, mimo że nie jest mutantem czy nie kryje się za dziwaczną maską, jest %^*^%$* straszny.  Sceny mordów są zaś pokazane tak, że przypominają widzowi, że tak dla slasherów “zwykła” śmierć, jak choćby poderzniecie gardła skalpelem jest śmiercią ^*%$&^* brutalną! I trzeci schemat, czyli nieuchronność nadciągającego mordercy, tu został niesamowicie pomysłowo i realnie przedstawiony przez tak banalnie prosty pomysł jak sięgnięcie po elementy gatunku home invasion. Gdy bohaterka kryje się w domu, potem na stacji benzynowej, czy bawi się w kotka i myszkę wokół furgonetki mordercy, naprawdę wygląda to przekonująco, nie zagości u widza żaden półuśmieszek, że to tylko film, on se idzie idzie, a ona nie ma jak uciec, że przecież to głupota na potrzeby filmu. Tu wszystko to jest  bardzo naturalne, bardzo przekonujące, bardzo żywe (a potem martwe).

To w konsekwencji pozwoliło mi do myśli na temat dobrego, a potem bardzo dobrego slashera, dołożyć wniosek na temat slashera rewelacyjnego. Otóż twórcy do klasyki (dobry), twórczo przetworzonej (bardzo dobry) postanowili dołożyć trzecią “metodę na slasher”, o której wcześniej nie myślałem (w tym przypadku tertium datur est), a która jest  w gruncie rzeczy oczywista- nakręcili film pełen napięcia! Utrzymuje się ono od samego początku do samego końca i jest obecne w KAŻDEJ scenie. Nawet ostatnie sekundy filmu, kiedy już w zasadzie jest po wszystkim, potrafią podnieść ciśnienie. Duża w tym zasługa świetnej reżyserii i rewelacyjnej gry głównych aktorek (zwłaszcza jednej). I to pozwoliło mi otworzyć nieco oczy i zdać sobie sprawę, że slasher też może być świetnym horrorem, bo nawet wyzbywając się wyszukanych ambicji, może hołdować tej jednej najbardziej istotnej dla horroru. Tak, tak już wiecie. Ten film straszy!

On te top of that, film ma w pewnym momencie rewelacyjny twist (a wcześniej kilka pomniejszych). Podobno dobry twist to taki, którego widz oczekuje. I tu tak jest, co również mieści się chyba w walorze reżyserii tak sprawnej, że klasyczny motyw uzyskuje dość nieoczekiwaną siłę wyrazu. W zasadzie tu twist dość mocno wisi w powietrzu od samego początku, nawet można próbować zgadywać jaki, można nawet mówić, że nie jest szczególnie oryginalny, a jest mimo to tak świetny, że po pierwsze bardzo zaskakuje, a po drugie, jak już nadejdzie, wszystko wskakuje na swoje miejsce automatycznie, bez konieczności łopatologicznego wyjaśniana przez sam film lub przewijania przez widza, żeby sobie odpowiedzieć na pytanie “wait, what?”

Pozostaje mi tylko szczerze polecić.