Premiera horroru Autopsja Jane Doe była związana z takim hypem (OMG! Horror roku 2017 r., w styczniu!), że jak już cała redakcja zebrała się na wspólny seans (co jest niezmiernie rzadkie, ale niedługo ma szansę się zmienić) od razu doszliśmy do porozumienia, bez kłótni, jaki film wybrać (co jest jeszcze rzadsze!). Po zakończonym seansie odbyliśmy dyskusję na temat tego jak ocenić ten film i propozycje pojawiały się pomiędzy dobry-bardzo dobry- rewelacyjny.

W trakcie dyskusji na moment pojawił się nawet wątek, że “ciut czegoś zabrakło”, ale doszliśmy wspólnie do wniosku (co podpowiedziało nam zarówno czarne serce jak i zwichrowany rozum), że:

a) po pierwsze, taka ocena musiałaby wynikać z niezrozumiałych oczekiwań, których, w skutek owego, powiedzmy sobie szczerze, bezsensownego hype’u (OMG horror roku 2017!, w styczniu!), nie można byłoby nawet nazwać wysoko postawionymi (co by uzasadniało lekki zarzut ich niespełnienia), bo byłyby kompletnie napompowane i od czapy, bez związku z rzeczywistością oraz, że tak powiem, światkiem horroru, zwłaszcza tego maistreamowego. Ostatecznie łatwo mi by też było napisać (papier wszystko zniesie a Internet jeszcze więcej), że w sumie Autopsja Jane Doe  nie do końca spełniła oczekiwania, ale potem bym się musiał zastanowić jakie i bym miał tzw. ZONK.

b) po drugie, musiałoby to być przejawem jakiegoś charakterystycznego dla krytyków ą ę malkontenctwa, od którego, jak wiecie, się odżegnujemy wszystkimi naszymi mackami, bowiem prowadzimy tego bloga z punktu widzenia fanów horroru (as in fani komiksu z Wilq superbohater), którzy nie tylko jarają się, ale jarają się w fchooy.

Upraszczając: ocena, że filmy zawiódł nasze oczekiwania musiałaby wynikać z postawienia ich na poziomie złośliwości i czepialstwa, do czego, jako osoby zakochane w horrorze, nie jesteśmy szczególnie zdolni.

A teraz kończąc ten przydługi i w sumie zbędny wstęp (bo przez chwilę nie przyszło nam do głowy, żeby z jakichś powodów i w czymś zauważalnym i rzutującym na całość, przyczepić się do tego filmu) napiszę, że wspólnie, zgodnie niczym posłowie koalicji wobec pomysłów prezesa, oceniliśmy Autopsję Jane Doe w kategorii: bardzo dobry (bracia Goro) i rewelacyjny (Homer).

Film opowiada o jednej feralnej nocy, w której dwóch patologów (suchar alert: opis filmu na filmweb mówi, że to patolodzy, ale to chyba raczej patomorfolodzy, nie żebym się znał na medycynie, ale jak czytam “dwaj patolodzy” to jednak oczami wyobraźni widzę kogoś innego niż lekarzy medycyny sądowej) przeprowadza sekcję zwłok młodej dziewczyny. To co badając jej ciało odkrywają jest z każdym nacięciem skalpela coraz dziwniejsze. Wokół zaś zaczynają się dziać coraz straszniejsze rzeczy.

Oczywiście więcej nie zdradzę bo Autopasja Jane Doe to takie mystery z twistem. Z resztą o tym filmie tyle już wszędzie trąbiono (OMG Horror 2017 roku! w styczniu!), że chyba i tak sobie każdy zaspojlował.

Film ten ma coś z bardzo wysoko przez nas ocenionej Ostatniej Zmiany (Last shift). Mamy jedną feralną noc i bohaterów, którzy muszą zmierzyć się z coraz bardziej strasznymi zjawiskami, dziejącymi się w opustoszałym (oprócz bohaterów) budynku. Autopsja Jane Doe zaczyna się rewelacyjnie. To jakie tajemnice wychodzą w czasie tytułowej autopsji naprawdę przykuwa to ekranu i buduje atmosferę, nieznanego, atmosferę napięcia i niepokoju. Pierwsza połowa filmu to naprawdę coś czego raczej wcześniej nie widzieliśmy. Nie jest to odkrycie Ameryki lub przewrót kopernikański, ale rzecz cechuje na tyle duża oryginalność i sprawne wykonanie, że zasługuje to na najwyższe pochwały.

Dalej- i to też cecha wspólna z Last Shift- jest już “tylko” sprawne żonglowanie motywami z różnych gatunków horroru, dobrze wykorzystanych różnych “patentów” i środków wyrazu, z których żaden nie dominuje i jest użyty we właściwym miejscu i sposób (trochę jump scareów, trochę “nie wchodź tam!” albo coś “coś stoi za tobą”, trochę drobiazgowo pokazanego krojenia, a trochę różnego typu occultu, samowłączające się radia i upiorne muzyczki,  trochę mystery spod znaku: chyba dzieje się coś innego niż widzimy itp. itd.).  Misz-masz jest wieloaspektowy do tego stopnia, że w czasie seansu żartowaliśmy sobie, że film będziemy musieli zaklasyfikować do kategorii – mystery-body-ghost story-zombie-medical-gore -occult. O dziwo….ten kalejdoskop splata się w spójną całość i służy całej opowiadanej historii. Co więcej w paru miejscach można się przestraszyć, a ogólny klimat do końca jest przede wszystkim ciekawy tj. rodzi uczucie na zasadzie “co się jeszcze wydarzy, okaże lub wyjdzie na jaw”.

Rozumiem, że ktoś może twierdzić, że jednak finał historii nie udźwignął obietnicy złożonej przez rewelacyjny początek, gdyż jest raczej dość klasyczny, ale trzeba powiedzieć, że  owa klasyczna w gruncie rzeczy historia opakowana jednak w naprawdę oryginalne pudełko jakim jest pomysł na zbudowanie opowieści wokół autopsji, a na dodatek z gratisem polegającym na sprawnym użyciu znanych, ale lubianych zagrywek kina grozy to coś co wystarczy dla uznania filmy za bardzo dobry i na pewno jest czymś więcej niż można było się spodziewać po horrorze mainstreamowym(dodatkowo aktorstwo jest również na poziomie, także, a może nawet zwłaszcza, i to nie jest dowcip, Olwen Catherine Kelly, grające Jane). A od Homera dodatkowy plus za skojarzenia z klimatem Last Shift.

No więc, cóż to znowu takiego, że większość już gdzieś widzieliśmy? Zrobione na takim poziomie, chętnie obejrzymy jeszcze sto razy. A przy tym dochodzi naprawdę istotna część o charakterze mocno oryginalnym.
Polecamy.