Wyławiania pereł ciąg dalszy. Jak się by zastanowić to większość dzieł z gatunku horror, które uważam za genialne a niedocenianie, są grami komputerowymi. Oczywiście są też filmy, ale jednak większość to gierki. Pewnie bierze się to z faktu, że nie jestem jakimś zapalonym graczem i po prostu jestem nie uświadomiony. Być może część z tytułów, o których myślę, zbiera wśród fanów komputerowej rozrywki tzw. “propsy” a ja po prostu nie mam o tym pojęcia. Na pewno jest jednak gierka, która często jest we wszelkich zestawieniach niedocenianych dzieł kultowych. Tą gierką jest Vampire The Masquerade:Bloodlines.

Zanim rozpocznę swoje peany, najpierw garść informacji. Opisywany tytuł bazuje na zasadach popularnego systemu gier fabularnych. Wcielamy się w postać nowo narodzonego krwiopijcy, który od razu rzucony jest na głęboką wodę mrocznej wampirzej polityki Los Angeles. Więc być może nie jest to do końca horror, bo raczej jesteśmy straszakiem a nie straszonym, ale świat jest mroczny, pełen nadnaturalnych istot wyjętych żywcem z dzieł grozy i jest w nim pełno mocnych, krwawych scen oraz często jednak  nasz bohater ma powody do przerażenia. To tyle tytułem wprowadzenia.

A teraz zaczynam….ta gra jest ZAJE…TA!!!!! Nie mam słów jakie to jest dzieło! Przede wszystkim rzuca się w oryginalność, pomysłowość i “ekletyzm” rozwiązań. Podobnie jak w Cthulhu: Dark cornes of the earth (chociaż trochę w mniejszym stopniu) tytuł czerpie z różnych gatunków i oferuje dużo oryginalnych rozwiązań. Teoretycznie jest to RPG, ale jest też dużo akcji, skradanki, rozbudowane dialogi, akcenty przygodówkowe (rozbudowane dialogi) i hack and slash. W sumie w Cthulhu rozwiązania były być może bardziej oryginalne, ale co tego, czy są grywalne, można było dyskutować. Tu natomiast wszystkie są moim zdaniem najlepsze z możliwych.

Po pierwsze świat i fabuła. Otóż jest to pierwsza gra, gdzie tak bardzo odczuwałem otwartość świata. Miasto po prostu żyje. Są tu sklepy, bary, kluby nocne (można szaleć na parkiecie), lombardy itd. Po ulicach szwendają się ludzi (na których można zapolować), w zaułkach kuszą prostytutki (na które można zapolować),  lokacje są rozbudowane, a nasz bohater ma bazę wypadową, do której zawsze może wrócić. Dodatkowo pod ulicami miasta są sieci kanałów, którymi można się przemieszczać (co dla niektórych klanów jest kluczowe). Fabuła jest nieliniowa, zakończeń (i zaskoczeń) kilka a questów bardzo dużo. A co najlepsze wydaje mi się (wszystkiego nie rozpracowałem), że absolutnie każdy można przejść na co najmniej dwa (a czasem trzy) sposoby. Można iść na rympał, skradać się (np. w wentylacji), zagadać i co tam jeszcze. I nie są to zwykłe zadania typu: podaj, przynieś, pozamiataj. Są rozbudowane, wciągające, każdy z własną, odpowiednio wyreżyserowaną, zaskakującą historią. Niektóre rozpisane są na wiele wątków i ciągną się przez wszystkie chaptery gry! Śledztwo w sprawie podziemnej wytwórni filmów snuff, historia brutalnych morderstw w mieście, gdzie ofiary są praktycznie rozszarpywane na kawałki (quest zaczynający się na początku gry a kończący przed samym finałem!) czy zadanie z przeszukaniem nawiedzonej posiadłości, każdy z tych questów, to osobna, niesamowita opowieść! A przecież to “tylko” questy poboczne! Główna historia też jest niesamowita. Zakulisowa walka frakcji o dominację w mieście aniołów  a w niej my, młody, nieświadomy niczego wampirek. A dookoła intrygi, podstępy i wielka, wampirza polityka. Fabuła i świat są czymś genialnym!

Ale to nic, bo pozostałe rozwiązania jej nie ustępują. Mamy do wyboru siedem wampirzych klanów różniących się znacznie od siebie. Zależnie od wyboru, trzeba przyjmować inną strategię a rozgrywka toczy się trochę inaczej. Oczywiście większość klanów jest w miarę podobna, ale kilkoma (Nosferatu, Malkavianie) gra się mocno inaczej. Prawie, że jak w inną grę. Do tego super rozwiązania należy dodać inne, które jest PRZEGENIALNE. Chodzi mi o rozwój postaci. W standardowych RPG zwykle pod koniec gry jesteśmy terminatorem od wszystkiego, a jeżeli nawet nie to jest jedna lub dwie dominujące profesje, którymi gra się znacznie łatwiej i jest jedna droga rozwoju. W Vampire mamy oczywiście sporo standardowych cech (być może nawet mniej niż w typowych RPG), ale są tak zróżnicowane (a nie tak, że kilkadziesiąt, które nie wiadomo co dają) i trudne do rozwinięcia, że każdy jeden punkt ma znaczenie. Dodatkowo zwiększenie nawet o jeden punkt daje dostęp do mnóstwa nowych możliwości, ale za to blokuje inne, które byśmy mieli, gdybyśmy wydali go inaczej. I często tych zablokowanych możliwości już możemy nie odblokować, bo trzeba naprawdę się napracować nad każdym z nich. Pod koniec gry nie ma się często rozwiniętej postaci do połowy! A biorąc pod uwagę, że tak naprawdę atrybutów jest niewiele ( i każdy można rozwinąć jedynie pięciokrotnie), możemy sobie wyobrazić jak każdy punkcik determinuje rozgrywkę. Jak  np. zrobimy fightera, to już nie wejdziemy nigdy do wielu lokacji ani nie odkryjemy wielu tajemnic. Umiejętności są po prostu ogromnie zróżnicowane, przemyślane i determinujące sposób grania na podstawowym poziomie.

Tyle, że to jeszcze nic, bo jak wiadomo, ze klany mają swoje własne, dedykowane zdolności (tzw. dyscypliny). Każdy klan ma ich kilka, a że wampirzych gatunków dostępnych w grze jest siedem, to umiejętności jest kilkadziesiąt (oprócz dedykowanych są wspólne dla wszystkich klanów). Ogromnie trudno te dyscypliny rozwinąć, ale każda daje niesamowite możliwości. Niektóre wampiry mogą przywołać rój nietoperzy, duchy zwierząt, a nawet same przemieniać się w wilka; inne posługują się magią krwi (niesamowite możliwości); jeszcze inne znikają, przemieniają dłonie w śmiercionośne pazury. Opcji jest mnóstwo! Często kusiło mnie, żeby rozwinąć jakąś dyscyplinę, żeby obejrzeć jej niesamowite efekty, a nie mogłem, bo zablokowałbym sobie możliwość przejścia jakiegoś questa. Ale kusiło o jak kusiło.

A co do technicznych aspektów, to choć gra jest stara, do grafiki nie ma co się przyczepić. Lokacje są mroczne, baaaaardzo zróżnicowane a ich design świetny. Może troszkę postacie się zestarzały, ale widać to głównie w dialogach. Mimo to jest na czym oko zawiesić:

Animacja jest spoko. Widać to przy walce ma broń biało. Postać ma dużo ruchów, skacze obraca się, tnie mieczem, wali młotem czy bejsbolem, siekierą uderza z rozmachem. A nie wspomniałem, że broni jest mnóstwo? Kilkanaście broni białej, kilkanaście palnej, no i dyscypliny. Można siać zniszczenie wieloma taktykami i na wiele sposobów. No i muzyka to mistrzostwo świata! Ambientowe klimaty pasują do atmosfery a głównego tematu można słuchać dla samej przyjemności.

Podsumowując Vampire the Masquerade: bloodlines, wspomnę o jednej zalecie, która wypływa z tego, co napisałem wcześniej. Otóż gra jest nieśmiertelna niczym wampir ( a na pewno długowieczna). Jeśli chce się stestować wszystkie zakończenia, opowiadając się za każdym razem po innej stronie konfliktu, trzeba przejść ją trzy razy; żeby poznać wszystkie klany i wszystkie sposoby przejścia wszystkich questów- siedem razy; a żeby pobawić się wszystkimi dyscyplinami to… no cóż, życzę powodzenia. No i gra jest bardzo długa. Nic tylko grać. Sam przeszedłem trzy razy a wciąż mnie kusi. Mistrzostwo świata!!

P.S. Gra ma jeden minus, jest bardzo zabugowana, ale są na to patche (bez których nie da się skończyć gry). Ale kto by się tym przejmował w obliczu arcydzieła.