No i nareszcie przyszedł czas na recenzję gierki. Z tytułów, które mamy aktualnie na tapecie czyli Metro- Last Night, Dead Island i Nosfearatu: Wrath of Malachi udało się ukończyć ten ostatni. I jak nasze wrażenia?

Wyjątkowo nie będę się rozwodził na temat fabuły, bo jest ona nieskomplikowana i w sumie klasyczna. Jesteśmy bezimiennym bohaterem, który samotnie wkracza do zamku potężnego krwiopijcy, w celu pokonania go raz na zawsze. Ale nie tylko. Musimy też uratować członków naszej rodziny, która więziona jest w zamczysku przerażającego nosferatu. To tyle.

Standardowo przy recenzowaniu gry przychodzi do mnie refleksja, że twór z kategorii komputerowej rozgrywki składa się z trzech elementów: klimatu, gameplay’u i oprawy. W horrorze najważniejszy jest moim zdaniem ten pierwszy, więc zacznę od niego.

Otóż Nosferatu czerpie pod tym względem nie tyle garściami z klasyki, co wręcz wiadrami albo czymś jeszcze większym. Ponure, gotyckie zamczysko, upiorny hrabia, ogary z piekła rodem, nietoperze, osikowe kołki, trumny itp itd. Można pomyśleć, że to w sumie niedobrze, bo trochę wydawać by się  to mogło”corny”, wtórne i banalne. Może by tak było w przypadku filmu (Mel Brooks pokazał to dobitnie w “Dead and loving it”), ale tutaj, w grze, wypada to ekstra! Epicka, gotycka, posępna atmosfera jest naprawdę wszechogarniająca i osaczająca. Wciąga okrutnie. Obrazy wstającego z trumny w “sztywny sposób” upiora, któremu szybkim ruchem wbijamy kołek w serce to akcja, która daje wielką frajdę a jednocześnie jest przerażająca. No właśnie- “Nosferatu” bywa naprawdę straszne. Pierwsze etapy gry są wstanie przyprawić o palpitację. Klimat jest gęsty i mroczny, demony czyhają i wyskakując znienacka (spod podłogi, znad drzwi, zza ściany) potrafią sprawić, że serio się podskakuje w fotelu.  I mimo, że Malachi jest bardziej strzelanką niż survivialem, to poczucie niebezpieczeństwa i groza osiągają wysoki poziom. Jest to również zasługa w sumie interesująco rozwiązanego gameplay’u.

Gra jest w sumie nieskomplikowaną (co nie znaczy, że prostą do przejścia) strzelanką, ale zaimplementowane w niej rozwiązania sprawiają, że gra nabiera nowego wymiaru. Po pierwsze niesamowicie różnorodne, pomysłowe, ale nawiązujące do klasyki bronie. Mamy oczywiście pistolety i karabiny. Ale nie siejemy nimi spustoszenia i rzezi, bo sprawa jest potraktowana dość realistycznie. Rewolwer ma tylko sześć strzałów, amunicji mało a przeładowuje się wolno, a na przykład standardowy czasach, w których dzieje się akcja pistolet jednostrzałowy jest śmiercionośny, ale jak nie trafimy to lipa. Dodatkowo na każdego przeciwnika dobra jest inna broń. Idziemy sobie niby bezpieczni z karabinem a tu nagle wyskakuje na nas bezcielesna zjawa, której kule się nie imają. I d…a. Wtedy musimy sięgnąć po inne rzeczy z naszego arsenału np: krzyż, czy święconą wodę. Nieźle nie? Takie zróżnicowanie broni i jej skuteczności jest nie tylko ciekawe, ale wpływa na zwiększenie poczucia zagrożenia (nie wiadomo, czego akurat będziemy potrzebowali). Drugim elementem zwiększającym niepewność o życie bohatera jest zaimplementowany w grze element losowości. Otóż wiele rzeczy generowanych jest za każdym razem na nowo. Np. nie ma znaczenia czy wyczyściliśmy jakąś salę z potworów, wracając do niej zawsze nam może coś wyskoczyć. W każdej chwili coś innego i z innego miejsca. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Losowość dotyczy też samej architektury zamku. Przy każdej kolejnej grze układ sal i korytarzy jest całkiem inny. Nie da się grać na pamięć i cały czas trzeba mieć się na baczności. Niezły patent.

No i ostatni element- oprawa. Niestety pod wieloma względami jest źle. Bardzo źle. Grafika jest naprawdę pod względem technicznym fatalna (co nie znaczy, że nie klimatyczna- zamek ma swój klasyczny urok). Mnie to w sumie nie bardzo przeszkadzało, bo wychowałem się w czasach, gdy miecz Gubrusha Threepwooda był kreską złożoną z pikseli a po obejrzeniu intro do Settlersów jedynki zbierało się szczękę z podłogi. Ale zdaję sobie też sprawę, że grafika w Nosferatu stanowi naprawdę olbrzymią wadę. Dodatkowo korytarze i sale zamczyska są monotonne i z czasem nudne. Chociaż ma to taki plus, że można się zgubić, co plusuje jeszcze jeśli chodzi o poczucie osamotnienia i zagubienia bohatera (jeśli się wczuć.)

Za to muzyka i udźwiękowienie! Mistrzostwo świata! Nie przypominam sobie wiele gier, gdzie doświadczyłbym czegoś tak niesamowitego w tym względzie. Mamy cały repertuar horrrowowy: grzmoty, dzwony, skrzypce, skrzypienia, jęki, łańcuchy i czego tylko dusza zapragnie i gdy się gra na słuchawkach do dosłownie można zejść na zawał tylko słuchając. Niesamowite!

Podsumowując muszę wspomnieć, że gra jest krótka, nieskomplikowana, bez żadnych wielkich zagadek, dialogów itd. Ale to nic złego. Przyznam, że z czasem w grę wkrada się monotonia- jednakowa sceneria, brak jakiś zwrotów akcji, czy jej rozwoju itp itd, ale, ponieważ gra jest niedługa i ma element losowości, nie odczuwamy tego za mocno. A zaczynając od nowa mamy wszystko inaczej. Za to niesamowity, mroczny, posępny, przerażający i czerpiący z klasyki klimat, do tego podparty dość pomysłowym gameplayem sprawił, że w “Nosferatu. Wrath of Malachi” grało mi się bardzo fajnie a momentami świetnie.  No i gra potrafi przestraszyć. Tak więc polecam.

Gdyby tylko jeszcze grafika nie była tak paskudna…