Na film Kredo (Credo), znany też pod tytułem Devil’s Curse, mocno się nakręciłem bowiem wszystko wskazywało, że należy do mojego ulubionego gatunku Devil/Hell i w tym gatunku trzyma się klasyki, co również bardzo lubię. Potem jednak się okazało, że mam z tym filmem problem (zanim się dobrze nie zastanowiłem), a teraz mam z tym problem, że miałem z tym filmem problem (jak już się jednak zastanowiłem).

Zgodnie z opisem filmu “Pewną uczelnią wstrząsa fala makabrycznych morderstw… Jak się okazuje ma to związek z wydarzeniem z przed 10 lat, kiedy to grupa studentów teologii, którzy chcąc udowodnić istnienie piekła przywołują do naszego świata demona”. Po takim wstępie spodziewałem się filmu w klimatach Devill/Hell spod znaku płonących pentagramów, epickich rytuałów i generalnie Belzebossa.

Byłem na krawędzi rozczarowania, gdy w trakcie filmu okazywało się, że nie bardzo coś się dzieje, mamy historię bardziej spod znaku nawiedzenia i w sumie, gdzie tu jest Ozzy Osbourne jakiś demon, czy inny Książe Ciemności.

Ale moje obawy były niesłuszne, oparte w dużej mierze na pozorach. Bo w konsekwencji Kredo to horror całkiem klimatyczny, odwołujący się do oszczędnych, ale dobrze użytych środków,  a postać Demona pokazujący w sposób z jednej strony bardzo nieoczywisty, z drugiej zaś, wydaje się, dość (a może nawet bardzo!) celny.

Sama akcja jest dość klasyczna i na pozór nie zwiastuje nic wyróżniającego się. Oto grupka studentów z konieczności zajmuje pustostan, z którym związana jest ta smutna historia, którą przedstawia opis filmu z początku recenzji. A potem zaczynają się dziać co raz dziwniejsze rzeczy, wskazujące, że budynek zamieszkuje jakaś dziwna siła.

Chociaż w sumie to bym chciał, ale nie mogę zdradzić fabuły, która, choć wydaje się czerpać z ogranych środków, tak naprawdę buduje z nich na swój sposób oryginalną opowieść, zakończoną w sposób znacznie podnoszący ocenę filmu. W skrócie- choć wydaje nam się, że oglądamy to samo, co zawsze, pod koniec okazuje się, że niekoniecznie. Nie są to szczyty oryginalności, żeby nie było, ale zakończenie jest naprawdę, co najmniej bardzo dobre. I co więcej wygląda na to, że twórcy filmu dokładnie wiedzieli jaką historię chcą opowiedzieć, bo z początku typowe elementy, zakończone nietypowym zakończeniem składają się w całość nie tylko “formalnie” pasującą, ale doskonale podporządkowaną treści filmu, którą jest spojrzenie na naturę Diabła z punktu widzenia tego, co w sumie jest nim ważniejsze niż pentagramy i kozły, czyli…..nie zdradzę (coś takiego- w pewnym sensie, choć to może dalekie skojarzenie, ale jednak- można było zobaczyć w The Witch). I choć akcja toczy się niespiesznie, nie ma flaków, gore i fajerwerków, to z punktu widzenia sensu historii jest to zabieg bardzo uzasadniony.

Temu wszystkiemu towarzyszy- w mojej ocenie- bardzo adekwatny sposób opowiadania. Jest on również ascetyczny i oparty na dość zachowawczych środkach, ale minimalizm ten nie sięga, aż tak daleko jak w kiepskim The Room. Po prostu siła użytych środków nie wynika z ich efektowności samej w sobie,  ale  tego, że wydają się doskonale pasować do całej opowieści. Główną w tym rolę gra miejsce akcji w postaci okropnej kamienicy, bardzo przypominającej tą z Rec. Oczywiście to rzecz gustu, ale mnie wydała się bardzo upiorna. Mając taki plan wystarczy go dobrze pokazać i to się udaje, puste korytarze, klatki schodowe zdające się nie mieć końca, brak okien, ciasno, ciemno, obskurnie. Naprawdę robi to niezłe wrażenie. I w zasadzie to wystarczyło (jako drobny element, nie w nadmiarze, ale jako nienachalny dodatek do klimatu, także kilka ujęć z kamer w stylu found footage, jako że jeden z bohaterów jest podglądaczem amatorem), aby zbudować odpowiedni klimat. Wychodzi na to, że zaangażowanie twórcy czasem mocniej widać nie w natłoku środków i ich możliwym “rozbuchaniu”, ale przemyślanym ich doborze i konsekwentnym, drobiazgowym prowadzeniu przez cały tok opowieści (to z kolei można było zaobserwować w znakomitym  Hardware). Dodatkowo główna bohaterka zagrana jest całkiem przyzwoicie.

W konsekwencji dostajemy film, który nie jest jakimś przełomem czy odkryciem, ale wydaje się wskazywać, że jego twórcy wiedzieli, co chcą powiedzieć i jak to zrobić. Ja osobiście wolę takie, nawet cechujące się odpowiednią “skromnością” fabuły i oprawy, niż takie, do których powrzucano co się da bez zachowania spójności środków ze sobą nawzajem oraz z istotą fabuły. W filmach “z zamysłem” często less is more. Oczywiście, oczekujący jazdy po bandzie i akcji  pędzącej do przodu nie mają tu czego szukać. Zawsze mogą sobie puścić Oszukać Piłę czy co tam teraz jest w modzie.

Podsumowując: Credo to kameralny horror, z niezłym klimatem i dość oryginalną opowieścią o naturze Złego, taką, która każe się choć trochę zastanowić. Osobiście życzyłbym sobie więcej tak spójnych i konsekwentnych filmów, nawet jeśli nie wnoszą nic nowego do świata horroru.