Pamiętam, że jak byłem mały, moją ulubioną atrakcją w naszym łódzkim lunaparku był zamek strachów. Żadne tam zjeżdżalnie, kolejki, koniki, strzelnice, tylko ten zamek (oczywiście też poduszkowce, ale znacie kogoś, kto nie lubi kremówek, znaczy poduszkowców). Chyba od małego miałem zadatki na admina dobryhorror.pl. Podejrzewam jednak, że dziś takiemu staremu koniowi jak ja, przejażdżka tym tunelem grozy nie sprawiłaby już takiej frajdy. Tymczasem w moim rodzinnym mieście powstał “nowoczesny” dom grozy. A zwie się on HOUSE OF PANIC (upiorna muzyczka). Wybrałem się więc, żeby sprawdzić, czy jeszcze umiem poczuć się jak za małolata.

Nie mogę zdradzić wielu szczegółów, żeby nie popsuć zabawy więc napisze tylko, że House of panic, jest takim “współczesnym” interaktywnym (z martwymi żywymi aktorami) zamkiem strachów, jakie zdaje się, są bardzo popularne np. w USA, ale u nas chyba wciąż są nowością. Czekając ze znajomymi i żoną na swoją kolej, słyszeliśmy piski odwiedzających, więc ja jako nieustraszony admin bloga o grozie, przekraczałem próg przybytku z mocnym postanowieniem, że nie dam się przestraszyć. A tu klops.

Kurde jak ja się dobrze bawiłem! Ciśnienie podniosło mi się od razu jak tylko weszliśmy w mrok domostwa a drzwi się zatrzasnęły. Żona kurczowo trzymała mnie za rękę a mi serce skakało jakbym wypił bimbalion kaw. Przybytek czerpie garściami z najbardziej klasycznych motywów grozy, ale to dobrze, bo człowiek naprawdę się czuje, jakby był wewnątrz horroru. Znajomość tych motywów potęguje jeszcze strach, bo czujemy,  co się święci. Każde wejściu do następnego pokoju towarzyszy rozglądanie się na wszystkie strony i palpitacja.:) Szczerze mówiąc wydawało mi się, że zabawa będzie ograniczać się do “jumpscarów” tymczasem “House of panic” oferuje więcej. Oprócz straszenia, przybytek oferuje coś na kształt “escape room” (choć nieskomplikowanego), co ogromnie potęguje przeżycia (nie wiem czy to standard w interaktywnych domach strachów- pewnie tak). Gorączkowe szukanie wyjścia z pomieszczenia, w mroku, gdy nie wiemy (ale domyślamy się i to jest właśnie straszne), co czai się w rogu i gdzie w każdej chwili nie wiadomo skąd może wyskoczyć straszak, to niesamowite przeżycie. Aktorzy musieli mieć z nas niezłą bekę, tak bardzo nieracjonalnie się czasem zachowywaliśmy. Nazwa “House of panic” jak najbardziej oddaje prawdę o zabawie.

Druga rzecz, której się nie spodziewałem, a która podkręciła wrażenia to inscenizacja, reżyseria i interakcja. Naprawdę jest to pomyślane super i nie ogranicza się do wyskakiwania znienacka. Oczywiście wymaga to wczucia się i pewnej kooperacji z domem, ale daje niesamowita frajdę. Były momenty, że czułem się jak postać z filmu grozy (pewnie przypadła mi rola nerda, na szczęście oni czasami przeżywają hehe), a widok żony wciąganej przez potwora w głąb mrocznego korytarza to wspomnienie, którego długo nie zapomnę. Szkoda, że nie mogę napisać więcej o niektórych pomysłach, ale naprawdę byłem mile zaskoczony.

No i bałem się. Może nie piszczałem, ale parę niecenzuralnych krzyków chyba mi się wyrwało.  Wspomnę też, że gdy przed wejściem poinformowano nas ile trwa zabawa, to wydawało mi się to krótko (chociaż nam standardowo zeszło ciut dłużej, brawo my), ale  w środku czas się rozciąga. Serio serio. Każda sekunda to jak minuta, kiedy biegniesz do wyjścia a za Tobą…wiadomo co. Po prostu ekstra.

Magia wspomnień z dzieciństwa wróciła. Stary koń, znawca horrorów  bawił się jak dziecko. Pewnie znaleźli by się malkontenci, którzy doczepiliby się do tego i owego, ale olać to. Potencjalne minusy wynikają z tego, że taki sposób straszenia to jednak jeszcze nowość i z czasem “now how” będzie na pewno usprawniany. Ja osobiście dostałem więcej niż się spodziewałem , bo okazało się, że moje postanowienie, iż nie dam się przestraszyć, wzięło w łeb (House of panic! Nie daruję wam tego!) Wstyd się przyznać, ale zwykle namawiałem znajomych, żeby szli przodem (bycie na końcu też jednak nie było dobrym pomysłem hahaha).  Nie pozostaje mi nic innego, jak namawiać gorąco na odwiedzenie “House of panic”. Im większa grupa tym lepiej, bo zabawa nabiera rumieńców. Polecam polecam polecam!