Zwykle mam ogromny problem z wyborem horroru na wieczór. Przerzucam, szukam, czytam skróty fabuły i a to coś wtórne, a to nie lubię danych klimatów a to znów remake i tak dalej i tak dalej. W  końcu włączam coś bez przekonania, żeby nie tracić więcej czasu. Przy Limhouse golem tak nie było. Spojrzałem i wiedziałem, że muszę obejrzeć. Historia o masowym mordercy dziejąca się w wiktoriańskim Londynie, z Billem Nighy w roli głównej? Po prostu jak dla mnie bomba! (mała prywata- Bill gra w być może moim ulubionym filmie like ever: “Still crazy”). Do tego “Limehouse Golem” to adaptacja książki i na dodatek jest świeży (z 2016) a poza tym, wbrew pozorom, nie ma aż tak dużo obrazów w tym klimacie, a jeśli są, to dobre (Sherlock Holmes, Jeździec bez głowy, Z piekła). Seans zapowiadał się arcyciekawie.

Fabuła, jak można się domyślić, opowiada o mordercy  (nazwanym przez prasę Golemem z Limehouse), który grasuje na ulicach stolicy brytyjskiego imperium. A właściwie grasował. Makabryczne morderstwa, których teoretycznie nic łączy zakończyły się. Do sprawy zostaje przydzielony detektyw John Kildare, który podejrzewa, że dostał ten przydział, żeby być po prostu kozłem ofiarnym. Sprawa wydaje się nie mieć rozwiązania i, jak to się mówi, trzeba kogoś spuścić po brzytwie. Mimo to inspektorowi udaje się odnieść pewien sukces. Odkrywa pamiętnik mordercy i na jego podstawie typuje czterech potencjalnych morderców. Żeby rozwiązać ostatecznie zagadkę musi zdobyć próbki pisma każdego z podejrzanych. Problem polega na tym, że jeden z nich (autor sztuk teatralnych) zmarł niedawno w wyniku otrucia. O owo otrucie oskarżana jest małżonka pisarza i choć utrzymuje, że jest niewinna, okoliczności zdają się świadczyć przeciw niej i jest duże prawdopodobieństwo, że skończy na stryczku. Na dodatek potencjalna trucicielka miała też styczność z pozostałymi podejrzanymi, gdyż wszyscy pochodzili z jednego światka. Światka teatru, wodewilu i kabaretu. Detektyw Kindlare w toku śledztwa przesłuchuje uwięzioną, mając nadzieję odkryć tożsamość “golema” i być może uratować uroczą kobietę od egzekucji. Zaczyna się wyścig z czasem.

Jak widać po skrócie fabuły, “Golem z Limehouse” nie jest de facto horrorem i w zasadzie trudno go nazwać też thrillerem. Jest to rasowy kryminał w najklasyczniejszym  tego słowa rozumieniu. Ale czy to źle? Niekoniecznie. Mamy tu bowiem wzorcowy motyw a’la Agata Christie, czyli  kilku podejrzanych i zagadkę- kto zabił. Obraz składa się głównie z retrospekcji, które ukazują życie aktorki oskarżonej o otrucie męża oraz jej interakcje z podejrzanymi o bycie golemem. Historia jest bardzo rozbudowana, pełna mylnych tropów a każdy z bohaterów opowiadań więźniarki ma podobne “szanse” na bycie mordercą, każdy ma jakieś motywy i tak dalej i tak dalej. Jednym słowem klasyka kryminału.  Ogląda się to naprawdę z dużym zaciekawieniem i zaangażowaniem. No i trzeba oglądać uważnie. Wątków jest dużo i tworzą one zagadkę naprawdę wciągającą i nawet fascynującą. Wątpliwości co do tożsamości mordercy mnożą się coraz bardziej i coś czuję, że oglądając, niemal każdy widz, co najmniej raz zmieni, co do niej zdanie. A, że jeszcze zagadka musi zostać rozwiązana zanim uwiezioną kobietę czeka szubienica, mamy dodatkowy dreszczyk. A samo zakończenie tej tajemniczej, kryminalnej historii jest także wzorcowe w najlepszym tego słowa znaczeniu. Z twistem, wskakiwaniem elementów na swoje miejsce, a gdy wreszcie dostrzega się “big picture” jest on mocny, szokujący i w pewnych aspektach niejednoznaczny. Trudno opisać zalety zakończenia, żeby go nie zdradzić,  ale dreszczyk gwarantowany.

Wszystko to jest zagrane na poziomie (Bill!), bogate psychologicznie, rozbudowane, w ciekawych i dopracowanych dekoracjach. Wiktoriański Londyn prezentuje się oczywiście dobrze i odpowiednio kryminalnie, ale najbardziej fascynujący jest świat wodewilu i burleski. Wnętrza kabaretów robią wrażenie. Wszystko to jest dopełnieniem ciekawej historii.

“Limehouse golem”, jak już się powiedziało, nie jest horrorem. Nie jest też do końca typowym thrillerem, gdyż w zasadzie morderca już nie grasuje więc nie ma dreszczyku z tym związanego. Jest za to napięcie towarzyszące próbie uratowania głównej bohaterki przed egzekucją oraz rozbudowana, wciągająca zagadka kryminalna. W sumie nic nowatorskiego film nie oferuje, gdyż fabuła jest tak w sensie kryminalnym wzorcowa, że już chyba bardziej być nie może (kilku równorzędnie podejrzanych i próba odtworzenia wydarzeń na podstawie przesłuchań). Czyli niby wszystko modelowo i standardowo, ale jest to wysoki standard. Dobry kryminał trudno jest tak naprawdę stworzyć, bo wszystko musi być idealnie przemyślane. Tu przemyślane jest bardzo dobrze. Do tego dochodzi wyśmienite aktorstwo , dopracowane aspekty techniczne oraz satysfakcjonujące, inteligentne i warte oczekiwania, zaskakujące zakończenie. Każdy fan dobrego kina powinien być zadowolony. Ja zaliczam seans do udanych. Przypomnę tylko, co napisałem na wstępie- nie jest to jednak horror sensu stricto, więc oceniam go jako mroczny kryminał o mordercy z pewnymi elementami thrillera. W każdym razie warto.

http://horroryonline.pl/film/the-limehouse-golem-2016/5547